• Wpisów:635
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis:20 dni temu
  • Licznik odwiedzin:96 430 / 2825 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
http://youtu.be/Q4oInT79CUk

Lubię kiedy o świcie pierwszy promień słońca, dłonią pełną ciepła i dobroci głaska moje policzki.
Uwielbiam wtedy twoje zachłanne pocałunki.
Dotyk spragnionych dłoni, gładką powierzchnię mojego ciała, która tak idealnie przywiera do twoich szorstkości.
Mówisz, mi prosto do uszka:
teraz będę Cię kochał mocno, tak aby starczyło na cały dzień, kiedy nie ma cię przy mnie...
kiedy zaczynam mruczeć, czuję że uśmiechasz się każdą cząstką siebie.
Nauczyłam się szanować miłość, nie wierząc w to, że kiedyś jeszcze przyjdzie, a teraz gdy jesteś ze mną widzę w twoich oczach, tęczę bez deszczu.
Jesteś dla mnie milionem bąbelków, które uderzają do głowy niczym najlepszy francuski szampan.
Leżymy wtuleni w ciszę jak w bezkresny kobierzec falujących traw.
Czas smakuje beztroską.
Zachodzący promień słońca żegna się ze mną najczulszym z pocałunków.
Szeptam: do jutra...
Lśni całym złotem wszechświata, cisza śpiewa.
 

 
Dziecko mi się pochorowało i jesteśmy w domku, kurowaliśmy się herbatkami ziołowymi i gorącą poduszeczką pełną wiśniowych pestek i pomogło! Brzuszek i żołądek odpoczęły i wróciły do normy.
Śniadanie sobie odpuściliśmy, na obiadek były tłuczone ziemniaczki z koperkiem, a na kolację ( gdyż już słońce 'zajaśniało na naszym niebie' ), pozwoliłam sobie na skomponowanie jednej z moich ulubionych sałat.
Drobno pokrojone dwie szalotki, oblałam obficie przygotowanym wcześniej sosem z oleju lnianego, soku z cytryny, miodu i czosnku ( sos ten doskonale przechowuje się w ciemnej butelce w lodówce ).
Dodałam do tego pokrojoną, umytą i oszuszoną sałatę lodową, drobniutko posiekany koperek, pokrojone w kostkę pomidory oraz pogrillowany i drobno pokrojony koper włoski, ozdobiłam kleksami octu balsamicznego i w takiej wersji zjedliśmy ją z synkiem. Do sałatki mojego męża dodałam jeszcze ser kozi ( feta ) i pokrojone oliwki z bazylią.
Efekt tej ostatniej poniżej :)


Już w środę koniec roku szkolnego, będzie mnie tutaj zdecydowanie mniej. Życzę nam zatem wspaniałych, beztroskich i słonecznych ferii letnich! Nie zapominajcie o kremie z filtrem i uśmiechu :) ciao kochani!
 

 
Lubię zapach chleba. Taki ciepły, otulający serce dobrymi dłońmi Hani.
Lubię jego niekończący się, owalny kształt.
Przypominający świat dzieciństwa, wcale nie większy od bochenka chleba, tak samo prosty i piękny.
Smak delikatnie zabrązowionej skórki i słowa kochanej babci: jedz, jedz piętki, urosną ci cycki...
to wspomnienie zawsze mnie uśmiecha.
Za takim chlebem zatęskniłam. Te, które od czasu do czasu jadam są bezglutenowe i tak naprawdę nawet nie lubię ich smaku.
Postanowiłam zatem upiec chlebek, tak jak uczono mnie w domu.
Ale żeby rozpusta nie działa się 'tak do końca', to zamiast masła i soli, zrobiłam szybciutko humus :)
Do tego jeszcze sałatka z fasolki z przepysznym sosem, z oleju lnianego, soku z cytryny, czosnku i bursztynowego miodu :)
Zajadaliśmy z mężem ten chlebek na kolację, grubo posmarowany humusem i uśmiechaliśmy się do siebie.
Jeszcze przed samym snem, spałaszujemy trochę truskawek, które kupiliśmy dziś od rolnika pod Bremen.
Oby w tak przyjemnej atmosferze upływał nam czas i codzienność...
sprawiajmy sobie czasem tę radość i sięgnijmy po chleb, albo zupę z czereśni które jadaliśmy u babci w dzieciństwie :)
Dobrej, spokojnej nocy nam życzę i obyśmy obudzili się o świcie w jeszcze lepszym nastroju :)


 

b-angel
 
coobus
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Przekonałam dzisiaj synka do smaku zupki z czerwonych buraczków, której niecierpiał od dzieciństwa.
Kupiliśmy dziś z mężem na targu przepiękną botwinkę, na sok nie miałam ochoty, pozostało zrobić zupkę :)
Umyte, obrane i pokrojone trzy młode sporej wielkości buraczki, dwie młode marcheweczki starłam na tarce o dużych oczkach, zalałam litrem wrzątku, dodałam soli morskiej, pieprzu oraz trzy wyciśnięte ząbki czosnku i kwadrans pogotowałam, następnie wrzuciłam do garnka poszatkowane liście botwinki z łodyżkami oczywiście ;), pęczek pokrojonego koperku i zielonej pietruszki, pogotowałam kolejne parę minut. Wyłączyłam palnik. Wycisnęłam sok z jednej cytryny i dolałam do zupki. Doprawiłam kubeczkem (200ml) śmietany bez laktozy i wszystko pięknie potraktowałam blenderem :)
Następnie obrałam cztery duże, młode ziemniaczki i ugotowałam je z solą, później utłukłam je z masłem i koperkiem oraz czarnym pieprzem.
Podałam rodzinie. Syn był pozytywnie zaskoczony, zjadł dwa talerze i kilka razy dziękował. Zawsze mnie pyta co dokładnie dodaję do potraw, wiem że sobie to notuje. Świetna cecha, szkoda że ja na to nie wpadłam podglądając kulinarne poczynania mojej babci i Hani...
obiadek był smaczny i zdrowy, teraz pójdę pogrilować koper włoski do sałatki na kolację, lubię jak tak sobie poleży w zalewie z oliwy, czosnku i koperku :)
Czy ja już wspominałam może, że uwielbiam gotować?
Ps. Od czwartku jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni z naszym nowym nabytkiem :)
Pięknego weekendu nam życzę!





 

 
Tak sobie robiłam obiad i myślałam o smakach dzieciństwa.
Nasz dom pachniał koperkiem i lubczykiem, które jak szalone rozrastały się w ogrodzie.
Postanowiłam więc do farszu moich gołąbków, dodać drobniutko pokrojony koperek, lubczyk i zieloną pietruszkę.
I co wam powiem... wspaniały smak i zapach dzieciństwa powrócił wraz z pierwszym kęsem ;)
Młoda kapustka, troszkę ryżu, ciutka mielonego mięsa, sporo wyciśniętego czosnku i mnóstwo zieleninki :) Pyszotka!
Z rozpędu zrobiłam jeszcze duszoną z młodą marchewką kapustkę, tym razem wegetariańską. Szalotki drobno posiekane, podsmażyłam na oleju kokosowym, wrzuciłam jednego, mega dużego pokrojonego młodego ziemniaka, kilogram marchewek , sporą młodą kapustę poszatkowaną w artystycznym nieładzie i znów ogromne ilości zielonych ziół, suszony cząber, majeranek, wędzoną słodką paprykę i kurkumę.
Efekt poniżej.
Cudownego wieczoru życzę sobie i wszystkim sympatycznym odwiedzającym :)
 

 
Odkąd wiem na 100%, że mam hashimoto staram się trzymać protokołu, z tym że czasem zdarzają mi się 'bolesne wpadki', takie jak np wczoraj, podczas urodzinowego obiadu z synem...
ale dziś jestem grzeczną "dziewczynką" i przygotowałam śniadanie, które protokołu się nie trzyma, ( są w nim pomidory ), ale nie szkodzi mi w takiej odsłonie, a dodaje energii i uszczęśliwia zaraz o poranku :)
Omlet z 3 jajek ( których nawiasem mówiąc nie lubię ), pieczony becon ( za którym nie przepadam ) i pomidorki ze szczypiorkiem ( które uwielbiam ); do tego smoothie ze świeżych truskawek i ananasa ( poezja smaku i zapachu ).
Przy tak rozpoczętym dniu, żaden głód nie zajrzy mi w tęczówki :D
Cudownego i zdrowego dnia życzę nam wszystkim :)

 

 
"Give every day the chance to become the most beautiful day in your life."
Mark Twain

Dzisiaj, dziewiętnaście lat temu spotkało mnie największe szczęście w moim życiu. Przyszedł na świat najpiękniejszy podarek niebios, najcenniejszy skarb, mój ukochany syn Sebastian Henry :)
Po trzynastu godzinach cierpień, zwątpień i niedowierzania; dokładnie o 11.35 pojawił się przy mnie, by wypełnić moje serce nieskończoną miłością.
Przed chwilą, kłując sobie dłonie cierniami róż, które chcę mu podarować kiedy wróci ze szkoły, myślałam właśnie o dniu Jego narodzin. Niezapomniane godziny...
Najdroższy Bast, wyrosłeś na wspaniałego, młodego, pięknego i mądrego mężczyznę, chcę Ci z całej duszy podziękować za Twoją obecność przy mnie.
Kocham Cię najbardziej we wszechświecie!
Deine mami
 

 
Po wczorajszych bardzo udanych łowach na naszym miejscowym targu pyszności, nie pozostało mi nic innego jak uprzejmie i z szacunkiem pozdrowić moją najmilszą centryfugę, która wyczarowała nam mega pyszne śniadanko :)
Na pierwsze starcie poszły młode buraczki z pięknymi liśćmi botwiny, w asyście zielonych jabłek, ananasa, szpinaku i soku z cytryny .
W wersji "danach", czyli sok po soczku, truskawki w zacnym towarzystwie pięknego mango i połowy świeżego ananasa.
A'propos ananasa...
to uwielbiam patrzeć jak postawny pan sprzedawca, wielką maczetą z dużego owocu robi malutkie kawałeczki, magia powiadam Wam! :D
za każdym razem bardzo mnie to fascynuje :)
A ze zdobyciem botwiny wiąże się dość zabawna historia.
Wczoraj jak zwykle w okolicach 7.00 rano zaparkowaliśmy z mężem przed targiem, kącikiem oka ( tym zwróconym zawsze w stronę zachodzącego słońca :D ) dojrzałam niewielką kobietkę tachającą do otwartego już auta tony warzyw w trzech wiklinowych koszach :)
Wyskoczyłam z auta jak z procy i zarzuciłam tę Panią słowotokiem godnym chińskich bajarzy ;)
Kobieta w szoku chyba i z uśmiechem jak stąd do wieczności, za rękę prawie i w szalonym truchcie popędziła ze mną do stoiska z warzywami, gdzie z radością oznajmiła: oto jest Botwinka, która na Panią czekała! :D
Podziękowałam serdecznie, bo nieczęsto spotykam się z tak miłym zachowaniem. Machając pękiem buraczków pożegnałam tę dobrą osobę i ze wzruszeniem zauważyłam, że i mój mąż dotarł na miejsce, zaśmiewając się do łez... ( już jakiś czas temu stwierdziłam, że ma dziwne poczucie humoru ) lol!
cała sytuacja trwała może kilkanaście sekund, ale pięknie rozpoczęła nasz weekend :)
A teraz opisane powyżej soczki, smaczne, zdrowe, kolorowe ;)





Życzę nam wszystkim pogodnej i przyjemnej niedzieli, być może dobry wiatr rozpędzi te ciemne chmury :)
 

 
Rozglądając się w internetach za przepisem na kolację, trafiłam na blog Agnieszki Maciąg i zachwyciła mnie niebywale prosta receptura na pieczone warzywka.
Poleciałam do kuchni, żeby sprawdzić czy jest wszystko co będzie potrzebne i znalazłam dużo więcej ;)
Najpierw umyłam warzywa w wodzie z octem jabłkowym i wypłukałam w wodzie z sodą ( mając nadzieję w Bogach wszelakich, że chociażby troszkę pozbędę się tym samym pestycydów i inne paskudnej chemii ).
Następnie obrałam kilka młodych marchewek, trzy cukinie, czerwoną cebulę, kilka szalotek, czerwoną paprykę, kilka pomidorków koktajlowych i kilka ząbków czosnku.
Do marynaty użyłam wyciśniętą przez praskę główkę czosnku, sok z jednej pięknej cytryny ( wcześniej umytej w zimnej wodzie i wyparzonej we wrzątku ), łyżkę oliwy z oliwek, łyżkę oleju kokosowego, odrobinkę soli morskiej, czarnego pieprzu, łyżeczkę kurkumy i garść ziół dalmatyńskich ( bo wolę je od prowansalskich ).
Warzywa zostawiłam w marynacie na 20 min, następnie piekłam je z termoobiegiem 20 min, przemieszałam i jeszcze 15 min do miękkości.
Wyszły rewelacyjnie pyszne! Zrobiłam do nich sałatkę z pomidorków ze świeżym szczypiorkiem, zieloną pietruszką i koperkiem.
Mogę ze szczerym sercem polecić. Smaczne, lekkie i jesteśmy naprawdę najedzeni :)


 

 
Całe dnie słyszę koncertujące ptaki, to wspaniałe!
Ileż radości potrafią wyśpiewać, jak cieszą się z życia.
Kiedy tak ich słucham myślę o mojej ukochanej Mamie.
Hania takim ptaszkiem pięknym była, szczęśliwym, roztańczonym i rozśpiewanym.
Miała taki śliczny, niski głos i była malutka; z burzą loczków wirujących w tańcu i stopy miała maleńkie...
aż się dziwię, że jam taka spora i "długodystansowa" (170/39).
Schodząc do kuchni na śniadanie słyszałam Jej śpiew, najczęściej wesoły, czasem melancholijny.
Spacerując alejami, również śpiewałyśmy i przy obieraniu ziemniaków i robieniu serwetek na szydełku.
Kiedy Hania była przy mnie, byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.
To już kolejny maj, w którym znowu nie zaśpiewa i nie zatańczy.
Mijają lata, ludzie mówią, że kiedyś smutek i żałoba znikną, ale ja wiem, że u mnie to tak nie zadziała.
To już dwudziesty trzeci maj bez Ciebie, ptaki ciągle śpiewają...

&

Dziś pierwszy raz wypróbowałam przepis na sok z rabarbaru ( moja centryfuga go nie polubiła, my za to; nawet bardzo ).
Pyszny, orzeźwiający i lekko kwaskowy ( zakupiony w niedzielę od rolnika ), w towarzystwie marchewki, jabłek i truskawek ( wszystkie zakupione na targu w sobotę ).
Jutro z pozostałości robię kompot :)

 

 
Tak bardzo lubię siebie, każdą cząstką mojej duszy ale zbyt często jeszcze, dziwię się jak dziecko mojej nieuzasadnionej nieśmiałości i temu irracjonalnemu strachowi, przed drugim człowiekiem.
A przecież wciąż jestem pomiędzy ludźmi, karmię ich moją empatią, wiedzą, moim zapatrzeniem...
chciałabym, aby magiczny duszek, wymazał z mojej głowy złe pomysły i zastąpił je milionem barw.
W kolorach od północnego morza, które zimnym wiatrem kołysało wiernie moje tęsknoty; przez fiołki, które tak bardzo kochała Hania, po zatopione w ciemnym fiolecie leśne jagody i pulsujący rubin krwi, złote główki rozkwitających właśnie dmuchawców, białe poprzecinane szarością nitki chmur, zielonookie brzozy, błękity i granaty nieba, malinowe usta mojego synka, srebrzystości letnich poranków, diamenty gwiazd i wszystko co kolorami woła do mnie z każdego zakątka mojego świata...
tak bardzo lubię siebie zamyśloną, pochyloną nad książką, z mocno zaciśniętą w dłoniach filiżanką herbaty.
Otuloną dźwiękami wspaniałej muzyki i dzwoneczkami śmiechu mojego aniołka.
Lubię siebie miękko wtuloną w codzienność, z łokciami opartymi na parapecie miłości.
Rozplotłam jakiś czas temu płowy warkocz tęsknot i wtedy właśnie, polubiłam siebie, najbardziej.

http://youtu.be/yJrB7XDO_Rs
 

 
No i dopadło nas przeziębienie :(
walczymy domowymi metodami, popijamy miód z imbirem i cytryną, gorącą herbatkę z mięty, rumianku i anyżu ( bo brzuszki też nas bolą ), oczywiście nie przestajemy popijać ulubionych soczków, dziś z ananasa, szpinaku, cytryny i zielonego jabłuszka :)
na obiadek był własnoręcznie zrobiony jogurt truskawkowy z prażonym amarantusem, kolację zostąpiła herbata z melisy z miodem...
oby ciepełko powróciło, bo to naprawdę nieprzyjemnie końcem kwietnia ubierać się po zimowemu, marznąć i kichać...
słoneczko wróć!





Wszystkim nam życzę pięknego wieczoru i zdrowszych nadchodzących dni :)
 

 
Zima powróciła. Marznę, odczuwam niedobór słońca i ciepełka...
w pracy większość tematów oscyluje na wariactwach tutejszej pogody, poranki -2 stopnie, opady śniegu, gradu i deszczu, wszystko inklusive w pakiecie.
Mam ochotę spakować kostium kąpielowy, krem z filtrem i wskoczyć w najbliższy lot na przykład do Turcji ( temperatura dzisiaj przekroczyła 30 stopni ), a więc i tu i tam same anomalie.
Zaraz zaparzę sobie pysznej, zielonej herbatki a na kolację zrobię bezglutenowe naleśniki z sosem brzoskwiniowym, ananasowym, cytrynowym i czekoladą... może to poprawi mi humor ( taka moja ogromna dawka vit. D jak dużoooo radości :)
Oby ta zimowa atmosfera minęła szybciutko, jak zły sen!
A jeśli nie minie, to chcę popędzić galopem w stronę szczęścia i słońca.
Pozytywnych wibracji na cały tydzień.
A na poprawę nastroju wspomnienie z ubiegłorocznych wakacji :)
 

 
Dzisiaj był dziwny dzień, chociaż zaczęliśmy go przepysznym koktajlem z melona, malin i truskawek.
Gdzieś tak w połowie dnia, mój synek wysłał mi na whats app wiadomość, że poczuł tak ogromną ochotę na kawałek kurczaka, że nie byłam w stanie mu odmówić :)
Zakupiłam więc po pracy pierś kurczakową i postanowiłam zrobić z niej de volei'a bez panierki w oprawie z zielonego morza fasolki szparagowej :)
Mięso umyłam, przeciełam na dwie części, spakowałam w duże woreczki foliowe i wyładowałam na nich stres całego dnia w pracy. Tłukłam jak szalona, aż stały się cieniutkie. Wtedy ukręciłam masło ziołowe z drobno posiekanym koperkiem i posmarowałam wnętrze mięsa.
Zawinęłam używając woreczków, w których były tłuczone, ( z tymi woreczkami to doskonały patent mojej babci ) nie pryska, nie brudzi się deska, tłuczek, twarz, włosy i wszystko dookoła ) :D
Do mojego ulubionego garnka, do pieczenia, wlałam trzy łyżki hiszpańskiej ( kupionej wczoraj ) oliwy z oliwek i podsmażyłam roladki z obu stron na złoty kolor. Pokrojone cztery szalotki, jedną czerwoną paprykę i pięć wyciśniętych ząbków czosnku, wrzuciłam do garnka i lekko podsmażyłam. Później dodałam kilogram zielonej fasolki, szczyptę soli morskiej, pieprz cayenne, kurkumę i curry i poddusiłam potrawę jakiś kwadrans, po czym dodałam jeszcze szklankę dość gęstego mleka kokosowego. Po kolejnych piętnastu minutkach, obiad był gotowy.
Reakcja mojego syna: mami, pyszne i pikantne! dziękuję, kochana jesteś... :)
O! I jak tu nie lubić gotować? no, nie da się :D
Ja nie lubię kurczaka, z mięs jadam czasem łososia, więc zrobiłam sobie kolorową sałatę z sosem jogurtowo~czosnkowym, zjadłam dwie garście prażonego wczoraj słonecznika i jestem mega pełna :)



Życzę wszystkim przyjemnego wieczoru :)
 

 
Jakoś zabrakło mi konceptu na pisanie miniatur pełnych tęsknoty, zwyczajnie za nikim i niczym nie tęsknię, gdyż wszystko czego mi potrzeba mam obok :)
Postanowiłam więc pisać o moich codziennościach, a spora ich część to jedzenie.
Jeść uwielbiałam zawsze! Przed pierwszym atakiem moich demonów, odżywiałam się raczej nie zdrowo, co było widać, słychać i czuć :D
Teraz mój jadłospis jest oparty na bazie warzyw, owoców i bezglutenowych produktów nie przetworzonych.
Dzisiaj na pierwsze śniadanie schrupałam 2 orzechy brazylijskie ( normalnie jem jeden codziennie, gdyż od lat choruję na hashimoto ).
Na drugie śniadanko z przyjemnością zjadłam kilka truskawek ( kupionych o poranku na targu ).
A na obiadek, zrobione wczoraj łazanki wegańskie.
Makaron bezglutenowy z mąki kukurydzianej i ryżowej, bez jajek i ulepszaczy :) pół główki małej kapusty, pół selera korzennego, 3 łodyżki naciowego, 6 marchewek, pietruszka korzeń jedna dorodną sztuka, jeden smukły por ( biała i zielona część ), filiżanka suszonych pomidorów, namoczonych w połowie filiżanki oliwy z oliwek, dwie filiżanki pokrojonych w kostkę świeżych pomidorów bez skórki.
Warzywka strate na tarce o większych oczkach i podsmażone na oliwie z pomidorków. Kapusta obgotowana i odcedzona ląduje w garnku z warzywami, dodaję z miłością szczyptę soli morskiej, oregano, bazyli, majeranku, rozmarynu, cząbru, lubczyku, tymianku, szałwi, pietruszki, koperku i szczypiorku :) ( bardzo lubię zioła ).
Makaron ugotowałam, odsączyłam na nowym sicie ( dziękuję Gordanko za prezent ) i połączyłam z kapustką. Pół godzinki w piekarniku i można zajadać :)
Na kolację kupiłam mango i maliny :)
Życzę wszystkim zaglądającym tutaj, smacznego i zdrowego dzionka :)


 

 
W końcu i do nas, nad morze północne zawitała pani wiosna...
postanowiłam powitać ją energetycznym śniadaniem ( owsianka na jogurcie naturalnym posłodzona kilkoma daktylami i 'upiększona' owocami goji i borówkami amerykańskimi.
A na obiadek zakupiony w porcie łosoś norweski pieczony w ziołach w doskonałym towarzystwie mangold ( boćwiny ) i sosu tatarskiego.
A na kolację dam się zaprosić mężowi ;) a co! :P


 

 
Chciałam tylko szybciutko, pochwalić się nową centryfugą, dwie poprzednie oddały dusze w pięknej sprawie :)
Otóż nowa 'przyjaciółka' wspaniale się spisuje, dziś na drugie śniadanie pomogła wyczarować trzy soki: ananasowy, marchewka&truskawka&jabłko oraz jabłko z kiwi :)
Pychota i świetnie podniosły mi 'energię' po treningu.
Ps. A park! Idealny! Mało biegających, mało rowerków. Mnóstwo kwiatów, drzewa i krzewy budzą ze snu, soczystą zielenią a ptaki koncertując, wprawiają w cudowny nastrój, którego nam wszystkim życzę :)
Zdrowego dnia!
Poniżej fotki z przygotowań drugiego śniadania :)


 

 
Znajomy pytał mnie ostatnio co przykładowo jadam w trakcie dnia.
Wszystko zależy oczywiście od tego, na co mamy ochotę i co znajduje się w lodówce i w szafkach.
Zazwyczaj dzień zaczynam sokiem warzywnym lub smoothie owocowym ( oczywiście świeżo przygotowanym ).
Dzisiaj jednak, bardzo się spieszyłam i zjadłam tylko wafelka ryżowego.
Na drugie śniadanko delektowałam się Jogurtem naturalnym zmiksowanym z 10 truskawkami, do tego płatki kukurydziane, kilka malin i borówek amerykańskich.
Po powrocie do domku zaparzyłam nam herbatkę z owocami goji i świeżą pomarańczą.
A na obiadek były pieczone ziemniaki Hasselback & sałatka z kapusty lodowej, pomidora ze szczypiorkiem w zacnym towarzystwie duszonych ze świeżymi ziołami ( pietruszka, koperek i czosnek niedźwiedzi ),pieczarek; sos prościutki: oliwa z oliwek, olej lniany, ocet jabłkowy, szczypta lubczyku i dużo miłości.
Podejrzewam, że na kolacje zjemy kalarepkę albo jabłko.
Mam nadzieję, że zaspokoiłam Twoją ciekawość :)
Poniżej fotki robione 'na szybko'
Wszystko było pyszne, bezglutenowe i bezmięsne.





 

 
No pięknie jest! Słonecznie, wiatr tak zimny, że boli gdy dotyka twarzy, ale wspaniałe spacery nad morzem i cudna atmosfera budzącej się z letargu wiosny, wynagradza wszystko.
Warto było jechać te prawie 300 km :)
 

 
Za nieśmiało otwieranymi drzwiami, wspomnienia układają się w kobierce najpiękniejszych zapachów, smaków i obrazów.
Przed Wielkanocą skakało się przez płot do ogrodu i wykopywało korzenie chrzanu.
Po umyciu, osuszeniu i obraniu, siadałyśmy sobie przy stoliku za domkiem, na świeżym wiosennym powietrzu i każda do swojej miski, tarłyśmy.
Mama opowiadała mi historie z jej dzieciństwa, które w połączeniu z aromatem świeżo startego chrzanu, sprawiały że płakałam jak bóbr.
Czasem też ryczałam ze śmiechu, zdarzało się...
później tarłyśmy ugotowane buraczki i mieszałyśmy w kamionce na ćwikłę.
Lubiłam różowy kolor moich palców, który trudno było zmyć aż do wielkiej soboty.
W wielki piątek, pozwalała mi ucierać ser z rodzynkami, żółtkami, wanilią i cukrem.
Musiałam przy tym śpiewać. Gdy tylko na dłuższą chwilkę milkłam, przybiegała do mnie z wykrochmaloną i sztywną ściereczką, która lądowała lekko na moich plecach, sprawiając że natychmiast odzyskiwałam głos.
Kiedy ona piekła babki, ja robiłam pleśniaka, którego mogłam przyozdobić wedle mojej fantazji, tworzyłam więc z radością, moje 'oszukane mazurki'.
W sobotni poranek, maszerowałyśmy do rzeźnika po zamówiony wędzony udziec. Czasem taka ogromniasta szynka z kością ważyła około 30 kg, ale niosąc razem wcale nie czułyśmy ciężaru.
Jajka, zbierało się od Heńkowych kurek długie dni przed Wielkanocą.
Bigos, gołąbki z kiszonej kapusty, wędzone swojskie kiełbasy, pieczone pasztety, peklowane boczki, kaszanki i salcesony, zapełniały kuchnię po brzegi.
Strych, na którym suszyła się kiełbasa i szynki, pachniał dymem z ogniska i jałowcem...
pamiętam te wielkanocne przygotowania, pamiętam przepiękne oczy Hani i jej dobre, ciepłe dłonie, które z miłością głaskały moje mysie loczki, kiedy byłam już bardzo zmęczona.
W sobotę na kilka minut, biegłyśmy w nowych prochowcach poświęcić pokarmy w wiklinowym koszyczku, był pełen pisanek, które farbowałyśmy w łupkach z cebuli i czerwonych buraków a później, wydrapywałyśmy esy~floresy, i inne śliczne wzorki, wędlin, ciasta, chleba, soli, chrzanu, kwiatów z ogródka i barwinka, który rósł pod moim oknem.
Spod szydełkowej serwetki wyglądały ciekawskie zajączki i baranek.
Na roraty wstawało się bladym świtem, szybciutko kąpało w żelaznej misce i rozkręcało papiloty z gazety wyborczej.
Najbardziej cieszyła nowa aksamitna sukienka i błyszczące jak gwiazdy, lakierki.
Żurek jadało się z suszonymi grzybami, w towarzystwie parzonej białej kiełbasy.
Po śniadaniu wychodziliśmy wszyscy na spacer do parku, gdzie słuchaliśmy Heńkowych opowieści o marszałku Piłsudzkim, kasztance oraz o ruskich kanaliach i peperowcach spod ciemnej gwiazdy.
A my... zbierałyśmy z Hanią fiołki i śpiewałyśmy.
Właśnie aromat fiołków, niestety bardzo przeze mnie zapomniany, przypomniał mi tamte chwile dzieciństwa.
Kupiłam sobie zupełnie przypadkowo, mydełko bez opisanego zapachu.
Umyłam dłonie i wróciły do mnie tamte wielkanoce...
uśmiecham się pisząc te słowa, ale z moich oczu płyną łzy.
Tak bardzo za Tobą tęsknię mamusiu...
Haneczko moja ukochana, najmilsza.
Czy w Twoim niebie też jest tak pięknie jak w tamtym, naszym parku wiosną?

Kochani, którzy poświęcacie wasz cenny czas, aby zajrzeć do mojego notatnika, życzę wam słoneczka, miłości i pyszności świąt wielkiej nocy, a nade wszystko dużo zdrówka. Wesołych świąt!

Ps. Maleńka Hania potrzebuje wsparcia, ja już wysłałam sms, może zróbcie sobie przyjemność przed świętami, obdarowując Haneczkę promyczkiem nadziei(?)... :)
 

 
M. zapytała mnie co robię na dzień kobiet?
Stałam tam, patrzyłam na nią, widziałam jak poruszają się jej usta, jak lekko falują wachlarze sztucznych rzęs i mimo że zrozumiałam pytanie, nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Moje koleżanki z pracy to amerykanka i niemki, o ile wiem nie obchodzą tej świątecznej okazji.
Nie mam polskich przyjaciółek, znajomych z którymi chciałabym gdzieś wyjść...
zresztą takie spotkania przejadły mi się i na samą myśl, nieprzyjemnie mi się odbija.
Niechcący ( chyba ) M. poruszyła czułą strunę w mojej duszy, posmutniałam myśląc o tych wszystkich latach, w których byłam tylko wykorzystywana w swej naiwności i marząc o przyjaźni na obczyźnie, godziłam się na takie ( najczęściej podłe ) traktowanie mnie.
Jak dobrze, że sytuacja życiowa zmieniając się, otworzyła mi oczy na fałszywe znajomości.
Nie znam tej kobiety zbyt dobrze, czasem widuje ją w kolejce po świeże warzywa na pobliskim targu.
Chciałam jej coś odpowiedzieć, ale...

Ona patrzyła na mnie, wyraźnie podekscytowana, tak naprawdę nie potrzebująca mojej odpowiedzi.
Chciała poprostu opowiedzieć mi o swoich planach.
Słuchałam więc o tym, że będzie świętować przez 2 dni, bo tyle ma 'przyjaciółek', które wzajemnie się nie tolerują, tak bardzo, iż imprezowanie trzeba sprawiedliwie podzielić na 2 części.
Słuchałam jej paplaniny, myśląc tylko o tym, że tracę kilka cennych minut życia, które mogłabym fajniej wykorzystać.

A ósmego dnia miesiąca, kupię sobie bukiet pachnących wiosną tulipanów i już sama myśl sprawia, że się uśmiecham...
 

 
Moje serce jest jak złota pomarańcza a twoje usta miękko chłoną moje ciepło.
Tak bardzo lubię mocny dotyk Twoich dłoni gdy tak lekko unoszą mnie ku gwiazdom.
Oczy gwiazd lśnią jak zwieciadła, na moich nadgarstkach brzęczy srebro kastanietów ~ bransolet, które podarowałeś mi ot tak, bez okazji.
Muzyka ta, przyjemnie wtapia się w atrament nieba tworząc z gamą moich westchnień, harmonijne tło uroczej całości.
Jestem tak szczęśliwa, że serce wyrywa się ze mnie, by własnymi oczyma móc oglądać tę scenę za kulisów moich przymkniętych powiek.
I tak trwam cała radosna, opuszki Twoich palców pieszczą kosmyki moich włosów, za oknem znów zaczyna padać śnieg.
Pomimo ciemności, promienieję.
Moje serce jest jak złota pomarańcza...
http://youtu.be/IxUWrRuqvCY
 

 
Doczekaliśmy powrotu zimy, zatańczyła drobinkami bieli na przymkniętych lśnieniem powiekach, ścisnęła duszę żelazną pięścią.
A my uśmiechnięci, objedzeni czekoladą w kształcie serc, tańczymy pośrodku zamieci.


...w powietrzu cichutko uśmiecha się miłość...