• Wpisów:648
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:102 980 / 2937 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
ładne? ładne, ładne! bardzo bardzo... :)
 

 
Wczoraj, kiedy już już świat ogarnął zmrok, niebo zapłakało płatkami śniegu.
Jakoś tak jest od zawsze, że o tej porze roku, zakwita we mnie wszystkimi odcieniami szarości, przemożna i nieuleczalna niechęć do zimy.
Tej zimy, która pachnie wilgocią i breją, która przykleja się smutkiem do mocno zaciśniętych powiek...

Ale po nocy budzą się często, dni skąpane w cudownie złocistych promieniach słońca i w nich właśnie, zima nabiera bajkowej scenerii malowanej najczulszą dłonią, najpiękniejszej śnieżynki ze świty królowej śniegu.
W takie dni, mam ochotę tulić każdy konar drzewa, magicznie odziany w białą błyszczącą pelerynę, przeglądać się w lśniących źrenicach zamrożonego stawu i tańczyć po spękanych zimnem polach, które tak bardzo cieszą się z zimowego odpoczynku.
Taką zimę kocham, zaczarowana w niej jasność budzi we mnie nadzieję.
Przymykam rozświetlone słońcem powieki, słyszę radosny śmiech.
Srebrzyste dzwoneczki sań i przez maleńką chwilkę zima pachnie dzieciństwem.
Uśmiecham się, malując palcem na śniegu litery naszych imion...
zaczyna sypać bielutka kaszka manna, wiruje od nieba aż do śladów moich stóp.
Nie boję się, nawet bez nich trafię dziś do domu.






 

 

...smutno, odszedł kolejny wspaniały muzyk, legenda...
do usłyszenia kiedyś na konwaliowych polanach... [*]

http://youtu.be/VrERLeFseDA
 

 
Lubię twoją bliskość, namalowaną zaczarowaną dłonią gwiezdnego mistrza, irracjonalnie utkwioną na płótnie granatowego nieba, zatrzymaną we mnie szmerem mruczącego szeptu.
Lubię twoją czułość, która opatula moją zziębniętą samotność, w bezpieczny pled ramion twoich szerokich.
Lubię twoje milczenie, chociaż zaczarowane pięciolinie słów nieustannie tańczą na krawędzi, spierzchniętych chłodem ust.
Lubię zapach twoich dłoni, w których tak łatwo ukryć rozdziały wątpliwości, akapity smutku i księgi niedowierzania.
Lubię twoją troskę, którą tak łatwo codzień odwzajemniać.

Chciałabym, żebyś wiedział, że jestem i czekam na twoją bliskość, czułość, milczenie, dłonie i troskę.
Chcę abyś wiedział...
że ciągle jeszcze, czekam na twoją miłość...
http://youtu.be/trJnFGVdaR8
 

 

Noworoczne wiśnie zakwitły tysiącem mroźnych oddechów.
Poranek przywitał mnie jasnością.
Naiwnie myślałam, że wczorajszy śniegowy sztorm to tylko zimowy sen, z którego przebudzą mnie kwitnące magnolie...
to prawda, nie lubię zimy chociaż cieszy mnie, że mogę ją przeżywać.
Duszą jestem wsród ukochanych drzew, które przebudzone pierwszymi promykami słońca, rozkwitają zielonością nadziei...
dziś pozostaje mi tylko przyjąć zimowe wyzwanie i cierpliwie czekać.
 

 
Dziś przypomniałam sobie to uczucie, kiedy moje palce muskały ocean włosów twoich i jakoś tak przyjemnie słońce zatańczyło w moich tęczówkach...
A później wiatr zawiał nas na stare miasto, gdzie spodziewałam się ciszy i dostojeństwa pierwszego dnia, nowego roku. Długiego i miłego spaceru oraz ciekawej rozmowy.
Och... nic bardziej mylnego.
Z autobusu nieznanej marki, wytoczył się tłum turystów, tworząc przedziwny gwar różnojęzycznych głosów, trochę jak w szalonym ulu wieży babel.
Do tej pory nie wiedziałam, że aż tak lubię włoski temperament.
Wariat Sandro nie zważając na zgromadzoną licznie publiczność odtańczył dla mnie, godowy zygzak emocji i uśmiechnął mnie tym prawie do łez.
Słońce i cudownie delikatny podmuch wiatru dopełniły ten akt do końca.
Będę go wspominać często i z radością.
Teraz jednak muszę odnaleźć sukienkę, która potowarzyszy mi przy kolacji...
szkoda, że w pełnym kuferku nie ma nic do ubrania :D
Marek napisał mi w noworocznym mailu, że ten rok jest dziewiątką, która symbolizuje zmiany.
Mam nadzieję, że będą to zmiany na lepsze i jeszcze fajniejsze.
Dziś był bardzo dobry dzień.
Ps. Dni wydłużają swoją jasność, co niezmiernie cieszy moje serce, tak bardzo zakochane w słonecznym blasku, ale brak mi będzie tych magicznych światełek, które dziś jeszcze połyskują przed domami i w porcie...

 

 
Najciszej wypowiada się słowa pożegnania.
Mój szept zawiśnie pomiędzy piętrami ostatnich dni tego roku.
Myślę o tym, jaki spokojny był dla mnie, pomimo walki o każdy nowy oddech...
jestem niewymownie wdzięczna za całą magię mądrości i siły, które pobierałam w postaci najczystszej energii wszechświata...
i pomimo, iż nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ja wyszeptam cichutko: dziękuję za ten wspaniały czas.
Poznałam siebie troszkę lepiej i naprawdę dobrze mi z tą wiedzą.
Cień moich ust tańczy w duecie z kropelkami aromatycznej herbaty z magicznego czystka.
Smakuje lepiej niż najczerwieńsze wino...
nauczyłam się również czegoś bardzo ważnego, do szczęścia potrzebna jest mi tylko miłość moich najbliższych, ulubiona muzyka, wspaniała poezja, moc płynąca z ukochanych drzew i śpiewu świata.
Za cały ten rok, za każdą minutę, za każdy uśmiech, serdecznie dziękuję.
Gładzę dłonią przepływające przeze mnie statki gwiazd i najciszej jak potrafię, proszę o więcej...
Dosiego Roku'16
 

 
Już niebawem podzielimy chleb, pogłaskamy pachnące igiełki świątecznego drzewka, a kiedy nad naszym oknem zabłyśnie pierwsza gwiazdka przytulimy naszych ukochanych oddając im w podarku, część nas samych.
Ale jeszcze brzmią dźwięki zapadającego w wieczorną ciszę, 'czwartego adwentu'...

przed chwilą wyjęłam list z ciemniejącej już skrzynki, siadam po turecku na parapecie, drżącymi dłońmi otwieram białą i tak przyjemnie miękką kopertę i nagle czuję jak we mnie, zaczynają wirować delikatne, utkane z magicznych srebrzystości, różowo~białe płatki emocji.
Joluś kochana moja, dziękuję Ci za piękne słowa i życzenia...
kiedy myślę o przyjaźni, o dobrych, ciepłych uczuciach, widzę Twoją piękną twarz i cudowne, najmilsze oczy.
Przyjść chciałam do Ciebie w jutrzejszy wieczór, (pamiętam, że poniedziałki masz wolne) i przytulić się każdą najczulszą myślą.
Kiedy w czwartek dojadę do miejsca, w którym będziemy celebrować święto miłości, będę trzymać w dłoni opłatek od Ciebie i podzielę się nim z najbliższymi.
Z Tobą dzielę się jak co roku, całym moim sercem.
Niech nie opuszcza Cię zdrowie, ludzie którzy są Tobie bliscy niech będą szczerzy i kochający. Dinuś niech zawsze dotrzymuje Ci towarzystwa podczas najpiękniejszych spacerów.
Lalka, niech dowozi Cię zawsze bezpiecznie tam, gdzie chcesz się znaleźć. Życzę Ci tak dużo miłości i bliskości, ile tylko potrzebujesz.
Ty wiesz, jak bardzo jesteś dla mnie ważna.
Jolu, dziękuję, że Jesteś...

z miłością ann

Ps. wszystkim znanym mi i nie znanym dobrym ludziom, rodzinnych, zdrowych i magicznych Świąt Bożego Narodzenia.
 

 

Dziś podróżowaliśmy ze słońcem, towarzyszyło nam jak wierny przyjaciel, którego chciałoby się tak poprostu pogłaskać czy podrapać za uszkiem.
Zadziwiający, wręcz bajkowy klimat , tworzyły przepiękne białe chmury, układające swoje puchatości w nieodkryte jeszcze, zaczarowane wzgórza.
Aż trudno uwierzyć w tak piękną pogodę w trzecią niedzielę adwentu.
Mknęliśmy gładką taflą drogi, nie znając celu ale ciesząc się każdym magicznym drzewem, niezwykłą budowlą, kolorowymi kordonami miłośników rowerowych wycieczek, świątecznymi dekoracjami na ulicznych latarniach.
Kiedy po kilku godzinach chcieliśmy zawrócić, dostrzegłam znak, na który cały dzień czekałam...
na kilka cudnych, krótkich chwil przenieśliśmy się we wspaniały krajobraz jeziora.
Spacer po jego brzegu dodał mi sił i nadziei na więcej takich tęczowo~radosnych dni.
Dziękuje Tobie synku, za przyjemność spędzenia tego czasu, w Twoim bezcennym towarzystwie.
Wiem, że mówię to zbyt często...
ale bardzo Cię kocham.




 

 
6 lat minęło jak delikatny pocałunek motyla na rozgrzanym emocjami policzku...
wieczór pachnie mandarynkami i cieniami wspomnień.
Kilka z nich się uśmiecha.
Kilka ukradkiem ociera łzę.
Szukam w głowie pasującej do nastroju melodii i gubię się w przemożnej potrzebie śpiewu.
Mam wrażenie, że czas wypadł mi przez dziurawą kieszeń płaszcza i potoczył się zygzakiem w stronę tonącego w zmierzchu miasta.
Drobiny magicznego kurzu uniosły się w powietrzu tworząc impresjonistyczny obraz całości.
6 lat to przecież tyle dni, tyle pocałunków i zbyt wiele rozstań, niektórych na zawsze...
pomimo ich wszystkich, albo może dlatego, istnieję~wciąż jestem.
Czuję, że ktoś chce wpasować moją obecność w swoje zbyt mocne dłonie, nie pozwolę na to.
Ukochałam tę moją ciszę serca.
W splataniu warkocza samotności staję się 'powoli' mistrzynią.
Czasami jeszcze tylko, gdy dzień nie rozwiązuje niepewności, noc staje się księciem, który żabim spojrzeniem zabiłby smoka.
Najwyraźniej widzę przez mocno zaciśnięte oczy, wszystko wtedy, jawi się w jaskrawo neonowych barwach.
A ja uwielbiam tego rodzaju kicz...
nie wymaluję dziś sekwencji słów, godnej poświęconej temu części życia, nikt też nie poprowadzi mnie za rękę i nie odkryje zakodowanych prawd.
Wierzę jednak, że w milczeniu znajdę odpowiedź a w cierpliwości nadzieję.
Wszystkiego najmilejszego...
 

 
Asymetria smutku i radości, przeczucie że dni będą coraz ciemniejsze nie opuszcza mojej głowy.
Drażnią mnie te myśli, opędzam się od nich jak od natrętnego kota, który nie wiedzieć czemu właśnie dzisiaj postanowił w trybie natychmiastowym, nauczyć się tańca godowego tygrysów.
Patrzę na świat poprzez pryzmat 24 okienka, które znajdzie się niebawem w pudle z adwentowym kalendarzem, który od ponad 300 dni szykuję dla przyjaciółki.
Asymetria uczuć...
zaplatam kosmyki zachwytu nad życiem z tęsknotami serca.
Uśmiecham się mimo, że w duszy minorowo nokturnami pada deszcz.
 

 
Od myśli smutnych kwitną sińce pod oczami.
Każdą noc kończę boso, przecierając zaśnione oczy na skraju kwitnącej ciągle jeszcze łąki.
Po zapłakanych ramionach lekko gładzę budzący się dzień, mając nadzieję, że przebudzę spokój.
Przyglądam się dłoniom swoim, w których półcieniu budzą się okruchy światła.
Pajęczyna firanki delikatnie kradnie niepokój moich pragnień, magicznie zaklętych w powtarzaną w sercu mantrę.
Godzina po godzinie samotność otula mnie szczelniej swoim aksamitnym poncho.
Próbuję cieszyć się dniem, odsuwam zmęczonym ciągle spojrzeniem procesję pustki i nostalgii.
Wieczorem, w płomieniu dogasającej świecy daremnie ogrzewam swoje tęsknoty,
zmrok czule nadaje zielone światło moim snom.
Blada poświata latarni za oknem ginie nieśmiało w tęczy kwitnących kwiatów...
trawy łaskoczą moje bose stopy.
Lekko podążam za twoim milczeniem.
Alabastrowe opuszki palców pieszczą rozgrzaną skórę mojej szyji.
Błyskawicznie wstrzymany oddech.
W pół kroku zatrzymana nostalgia.
Wiatr za oknem gra Chopina, a ja poprostu płaczę...
cała jestem oczekiwaniem.
 

 
Dziś poczułam trochę mocniej tę jesień, co się kropelkami deszczu i ususzonym liściem odbiła o taflę szyby.
Ciche jeszcze wycie wiatru przypomniało mi skrzynkę, pachnącą wilgotnym drewnem i chropowatą skórką szarej renety, w której pochowałam złe myśli.
W zadumie patrzę na świat, który z minuty na minutę coraz bardziej ciemnieje i uśmiecham się do wspomnienia gorącego aromatu, który jak magiczny dżin, wydobywa się z filiżanki, pełnej brzoskwiniowej herbaty.
Tak bardzo chciałabym teraz ogrzać nim, moje dłonie zmarznięte, samotne...
już niedługo będe musiała oblec ciało moje w deszcz i lewitując pośród smutnych kałuż dobrnąć do oazy mojego cocolino.
Przymykam na chwilę zmęczone powieki i przywołuję jeszcze raz ten dzień, w którym na oblanym słońcem drewnianym stole w parku, siedzieliśmy a Ty oddechem pieściłeś loczki na moim karku...
jesień we mnie, zwizualizowała zapomniane prawie szczęście.
Jak zetrzeć melancholię z załzawionej szyby?
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
w tafli jeziora się przegląda, smukłe ramiona wyciąga w stronę zielonego jeszcze kobierca traw, po którym tanecznym krokiem spacerują złoto rdzawe liście...
wygina dziewczęco kibić pod pieszczotą delikatnych palców nordyckiego wiatru
patrzy na mnie smutnym wzrokiem, wie że jej nie przytulę, chociaż kocham całym sercem...
podchodzę bliżej by poczuła ciepło mojego oddechu, szept który opuszczając moje wargi, miesza się z odgłosami ostatnich już, sejmikujących ptaków...
odgarniam dłonią melancholię i z miłością patrzę w jej brzozowe oczy,
świat zaczyna się kołysać, po chwili słychać nasz radosny śmiech...
 

 
jeśli kiedyś za mną zatęsknisz, poszukaj mnie w szepcie drzew...
 

 
jeszcze
nie ucichła we mnie
muzyka
twojego oddechu

dotyk słów
łagodnie
kołyszących się na czerwonej
krawędzi ust

pieszczota dłoni
wiecznie
szukających ostatecznej
odpowiedzi

włosów twoich
słodki zapach
zaplątany w sieć
poranka

jeszcze
nie ucichła we mnie
nadzieja
 

 
Czas podobno zabliźnia rany, ściera z policzka łzę, która nie wiadomo kiedy postanawia sobie popłynąć.
Minęło już tak wiele lat, a we mnie rozbrzmiewa tembr twego głosu.
Pamiętam, że kiedy byłaś szczęśliwa tak pięknie śpiewałaś.
Brakuje mi twoich piosenek, opowieści, wspomnień.
Tak brakuje mi, ciepłej pieszczoty Twoich dobrych rąk...

Siódmy dzień października, dzień Twoich kolejnych urodzin bez Ciebie...
jesień przypomina mi o naszych wędrówkach po okolicy, zbierałyśmy pieczarki albo grzyby leśne a ty opowiadałaś mi o swoim dzieciństwie.
Teraz, kiedy przeglądam się w tych historiach jak w zwierciadle, nie mogę powstrzymać drżenia rąk i tego okropnego dławienia w gardle.
A łzy same tańczą na mojej buzi.

Ale teraz nie będę płakać, przyszłam po cichutku, jak dawniej...
i całując mięciutkie loczki na Twoim karku mamusiu, szeptam:
pięknych urodzin...
gdziekolwiek teraz jesteś.
 

 
W czwartek rozpoczął się kolejny rok akademicki, w przyszłym mój syn będzie maleńką częścią tej wspaniałej podróży jaką są studia.
Zakręciły mi się łzy w oczach na myśl o tym, jak czas pędzi pozostawiając mnie coraz bardziej w tyle.
Nie popsuje mi to jednak radości z myśli, jakie plączą się winoroślą życia, w której wplątują się pierwsze, jesienno~złote liście...
radości, w której jak w zwierciadle odbija się młodość mojego synka.
Uśmiecham się słysząc jak wiatr kołysze światem w rytmie Gaudeamus...
 

 
śniłam że żyję
obłokom
dłonie przykładałam
do policzków zmarzniętych
za zakrętem ostatniego
ze świtów
stanęłam
zdziwiona faktem
że żyję
liście zaszeleściły
stęsknione światła
odlecial ptak
 

 
Zaczęła się pora deszczowa, bolą mnie nabrzmiałe płaczem liście.
Depresyjni ludzie nadchodzą w cieniu nocy, skrywając swe martwe twarze pod rondem smutku.
Łzy miarowo uderzają o poduszkę. Świt przyjdzie jutro zbyt wcześnie, jeszcze nie rozbudzony, jeszcze śniący o lepszym, jaśniejszym świecie.
Dotyk chłodnej skóry mojej kierownicy, przywróci na chwilę pamięć snów. Kilka mrugnięć powiek, zatrze je szybko jak dłoń, która nieoczekiwanie na zaparowanej szybie napisała: loveU...
zawstydzony nagłymi przypływami uczuć ranek znika w szarudze dnia.
Na ulicach depresyjni ludzie, lunatycznie podążają do biur, fabryk, szkół, sklepów, domów, piekarni...
nęceni aromatem świeżo zaparzonej arabiatty, płyną w strugach przygnębienia, nie obdarzając się nawet spojrzeniem.
Jeszcze tylko dotrzeć do dworca, o nieprzyjemnym zapachu budzącego się z półsnu przygnębienia i bezdomności.
Zamknąć na chwilę oczy, nie zaciskając zbyt mocno bólu.
Lekko, na ulotny moment, na jedno zachłyśnięcie się spokojem.
W przedniej szybie auta widzę swoje zmęczone, szeroko zamknięte oczy.
Usta mi drżą, znów noc była cięższa od dnia, bezsenna...
trzask zamykanych drzwi, tschüß na pożegnanie, który pozostaje bez odpowiedzi.
Próbuje ugłaskać budzącą się we mnie złość.
Chwytam za gardło nienawiść, która pulsuje resztkami sił pomiędzy kościstym uściskiem moich palców.
Skupiam to co jeszcze we mnie drży i uwalniam ręczny.
Przekręcam klucz i słyszę ten przyjemny bulgot mojego cocolino, z P przesuwam się spontanicznie na D, palce lewej ręki bawią się migaczem...
drive, sylwetka Banhof już majaczy za moimi plecami, słońce nie chce się obudzić, pierwsze, drugie trzecie, kolejne światła...
wjeżdżam do garażu, motor cichnie, zamiera głos który szeleścił melodyjnie w radio.
Wstaję powoli, bezsilna.
Klucz pasuje idealnie do drzwi, wchodzę przyglądając się ciszy.
Jeszcze tylko schody, zrzucam ubranie i kładę się w ciepłą przystań nie ostygłej jeszcze pościeli.
Kiedy otwieram zmęczone oczy, krwawią mi uszy. Syrena zabija resztki snu, ściera je rękawicą bokserską z powiek.
Wstaję i podnoszę żaluzje.
Bolą mnie nabrzmiałe płaczem liście.
Poddaję się ich melodii...
kapelusz smutku zakrywa moją szarą od deszczu twarz.
Zaczęła się pora deszczowa.
Niech trwa.
 

 
Czwarta nad ranem.
O tym, że może sen przyjdzie, przestałam wierzyć tak około drugiej...
spałam tej nocy może z godzinę, obudził mnie tak przerażający sen, iż nie rozumiem dlaczego nie utonęłam we łzach?
ból głowy rozprzestrzenia się z szybkością światła a spacery co 15 minut do łazienki w niczym nie pomagają.
Niech ktoś zabierze ode mnie te okropne myśli i wysadzi je w powietrze!
Boję się zasnąć
 

 
Bruksela. Europejska wieża Babel. Trochę przypomina mi czas spędzony w Paryżu. Przecudowna mieszanka kultur, języków, mody. Żyje własnym, specyficznym rytmem. Ja zakochałam się w 'multi~kulti' chaosie jaki tutaj panuje. Trochę przeszkadzają walające się wszędzie śmieci ( ale najczęściej są umieszczone w niebieskich i białych workach ) i wariaci spontanicznie próbujący wymusić pierwszeństwo ;)
ale poza tym jest świetnie.
Nawałnice turystów z tabletami, szukających miejsc wartych odwiedzenia. Uliczki pachnące goframi i przepyszną czekoladą...
Tyle 'inności', piękne kobiety prawie bez makijażu, chociaż na każdym rogu jest studio kosmetyczne ;)
Wczoraj wieczorem chcieliśmy 'wtopić' się w tłum :D (...)