• Wpisów:637
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis:27 dni temu
  • Licznik odwiedzin:99 512 / 2886 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kiedy przebrzmiała muzyka tak bardzo cicho zrobiło się we mnie.
Szkarłat w kieliszkach zamienił się w lśniącą przezroczystość.
Ucichły śmiechy i gwar towarzyszący zebraniu garstki ludzi...
I tylko jakaś pustka mało przyjemnie drapie w podniebienie, zaciskając gardło bez~glutenową kluską.
A już myślałam, że na tym odludziu zdziczałam...
wczorajszy wieczór obudził we mnie tęsknoty i nie wiem tak do końca czy chcę się tak czuć.
Jednak wiem, że z całą pewnością chcę TO powtórzyć.
Merci kochani...
 

 
https://youtu.be/WXxD2M7GHb0
Aż trudno uwierzyć, że to już kolejny urodzinowy poranek...
było ich już tak wiele w moim życiu.
Pomimo trosk i depresyjnych myśli, które nawiedzały mnie przez te ostatnie dni, jakoś wcale się nie różni od poprzednich.
Tak naprawdę to mam gdzieś tę całą teorię przemijania, cieszę się jak dziecko że udało mi się dotrzeć 'już tak daleko'!
Z nadzieją patrzę w ten dzień i proszę niebiosa aby był tak 'zwyczajnie' szczęśliwy ;)
 

 
Powoli zmrok daje zielone światło snom.
Odpływają jak statki magiczne, intensywne godziny, oblane słońcem twarze, ramiona, plecy, chodniki.
Syreny dziś zawyły a opaska na ramieniu jeszcze raz zalśniła szkarłatem krwi.
Godzina moich urodzin, godzina śmierci zbyt wielu.
Zastanawiam się dlaczego dziś właśnie troszkę mocniej niż zwykle tęsknię?
Ubrana w ciszę jak w ciemną sukienkę z metką Channel, opieram mój świat na zaciśniętych do bólu nadgarstkach.
Ta cisza dziś nie jest kompletna. Las jeszcze odbija głosy owadów i wracających do klatek stworzeń o oczach ciemnych od pragnienia.
Przymykam powieki by odnaleźć pod nimi scenę malowaną dłonią mistrza Podkowińskiego.
Na policzku czuję lekki podmuch nadchodzącej szeptem nocy.
Próbuję ugłaskać tę tęsknotę, co się dłonią wyrywa, nieproszona.
Niechciana jak gość, który odszedł nie zapukawszy nawet do drzwi.
Czy nocą tęsknie mocniej? Czy snem przywołuje dłonie twoje ciepłe, zabłąkane we mnie, roztańczone w skrzydłach włosów moich...
drżeniem ust, afirmacją szeptu w karuzeli przyśpieszonych oddechów.
Zmrok splata dłonie z niknącym wolno światłem.
Świat wiruje coraz szybciej, a spokojność oddechu sugeruje rychłe przybicie do brzegu.
Zanim zasnę oddam ci jeszcze jedną myśl, będzie specjalnie dla ciebie.
https://youtu.be/kGnfqRR509M
Ps. Dziękuję ci za wspólnie przeżytą godzinę W.
 

 
Puste krzesło świadczy o twojej nieobecności.
Przeciąg w pokoju o jednym oknie otwartym na oścież. Łza w oku nie zawsze jest metaforą wzruszenia czy radości.
Czasem po prostu wzrok spocznie na pustym krześle...

czas nie próbuje zatrzymać naszych spojrzeń.
https://youtu.be/z9O7hjseU24
 

 
Vor 20 Jahren erblicktest Du das Licht der Welt, was uns seither jeden Tag erhellt.
Hier stehst Du nun, als Erwachsener, als Mann, den kaum noch etwas verunsichern kann.
Geh Deinen Weg, nimm all seine Hürden, bei denen wir Dir immer zur Seite stehen würden.
Finde Dein Glück, lebe Deinen Traum, zuhause ist und bleibt immer Dein geborgener Raum...
Alles liebe, gute und gesunde mein Schatz
 

 
Cały czas padał deszcz, a kiedy o świcie zaczęłam pakować walizkę niebo rozchmurzyło się prawie złośliwie, ogarniając świat pajęczyną jasności.
Uśmiechnęłam się do słońca i zaciągnęłam czystym powietrzem na czterogwiazdkowym balkonie.
Po głowie kołatała się myśl, dlaczego musimy już wyjeżdżać?
To był jeden z najpiękniejszych wypadów nad Bałtyk ( ten po naszej~niemieckiej stronie ).
Pocieszam się myślą, iż niebawem ( za 1,5 miesiąca ) wyjedziemy na prawdziwy, długi urlop...
 

 
W niedzielę będzie tutaj dzień mamy, jak zwykle ruchome święto, słoneczne, pachnące kwieciem...
jestem mamą od prawie 20 lat, ta myśl mnie uśmiecha, przyjemnym prądem rozgrzewa mi serce.
Jestem kobietą niosącą na barkach cały świat mojego synka...
tak, mimo dorosłego wieku pozostał mi synkiem, syneczkiem, okruszkiem którego tuliłam w ramionach.
Urósł, a mnie uciekły z kalendarza te dni, które spędziliśmy razem i nawet sama nie wiem kiedy to się stało...
nie wiem kiedy, ale wiem jak! I to było bardzo piękne JAK :)
życzę tych 'jaków' nam obojgu, jeszcze bardzo, bardzo bardzo wielu.
W niedzielę mój synek przyniesie wiosenne kwiaty tylko dla mnie i będą pachniały miłością...
Ps. Była piękna orchidea, długi spacer nad morzem, dużo słońca, radości, przytulania i pocałunków oraz pierwsze, mega pyszne czereśnie. Bardzo Cię kocham synku, merci!
 

 
Jakoś tak jest, że każde urodziny mojego staruszka są świętem jak również chwilą zadumy i strachu. Tak, prawdziwego strachu, takiego pełnego obaw i smutnych przemyśleń. Wczoraj było spokojnie, najpierw odstawiłam auto do warsztatu ( muszę przyznać, że pan mechanik bardzo bardzo fajny, no tego hm... :P ), później zrobiliśmy jakieś mega chaotyczne zakupy składające się z wody mineralnej, owoców ( winogrona, truskawki, jabłka i banany ) i pojechaliśmy na uroczysty obiad. Przerwałam specjalnie mój post aby zjeść sałatę i szparagi z ziemniakami. Wszystko było bardzo pyszne i niestety drogie jak diabli ;)
Ale raz do roku można zaszaleć. Kupiłam staruszkowi zegarek w prezencie a mój Bastian kurtkę 'skórzaną' ( oczywiście fake ~ jesteśmy przecież od niedawna weganami ) mu podarował :)
Razem wybieraliśmy, pani ekspedientka cała się ośliniła w achach i ochach ;) przy pomaganiu staruszkowi :D
Wieczorem rozbolała mnie głowa tak bardzo, że myślałam że eksploduje...
smutne myśli bardzo źle na mnie działają :/
Ok, to tyle relacji z soboty urodzinowej. Żyj staruszku w dobrym zdrowiu jeszcze jakieś 200 lat! :)



 

 
Tam gdzie budzi się lśnienie
światło magicznie
otula złotym kręgiem
długość naszych palców

nasze stopy
księżyc nagi
od radości obiegły

minął rok
brzemienny, dojrzały wiosną
i znów jesteśmy tutaj
w lśnieniu poranka
zanurzeni

Tam gdzie budzi się lśnienie
jesteśmy my
uśmiechnięci

pierwsze krople spadają
na dłonie nasze
złotym kręgiem otulone

nie odwracamy spojrzenia
 

 
Byliśmy nad morzem. Jest tak potwornie zimno! Byłam szczęśliwa, że miałam na sobie gruby płaszcz i kapelusz...
wiosny nie widać niestety.
A chciałam wysiać roślinki do skrzynek. Chyba jeszcze ciutkę z tym poczekam...
 

 
zawsze będzie mi się kojarzył z moimi rodzicami, ogórkami kiszonymi, domem pełnym gości, dymem papierosów i lśnieniem szkła w żytniej wyborowej ( bodajże )...

https://youtu.be/x63oSZfTNEk

Mój dom rodzinny był domem otwartym. Ludzie wchodzili i wychodzili jak od siebie. Muzyka, śpiew, śmiech, zabawa! Tak zapamiętałam nasze sobotnie wieczory. Rodzice kochali się bardzo...
kultywowali falę szalonych lat, w których jako dzieci kwiaty spotkali się i nauczyli kochać.
Kiedy odeszli, ucichła muzyka współczesna, a zastąpiły ją stare ukraińskie dumki i ciepłe dłonie babci, głaskające moje płowe mysie kosmyki...
znów zabrakło kogoś, kto przypominał mi tamten czas.
Kiedyś i ja zniknę. Może moje słowa, te które wszędzie zostawiam, przypomną coś komuś kiedyś...
 

 
Odkryłam sklep z tanimi jak pomidory w sierpniu rzeczami. Nie sądzę, żeby były super dobre jakościowo, ale przynajmniej te trzy, które dla siebie wybrałam, bardzo mi się podobają. Cenowo też mnie raczej nie dobiją, za wszystkie zapłaciłam około 60€.
Tak się jakoś cieszę, że zrobiłam coś tylko dla siebie. Dawno tego nie robiłam. Jeszcze tylko w sobotę skoczę po jakieś pasujące butki...
jakoś tak słoneczniej na serduchu.
 

 
Ciągle na coś czekam. Nie na autobus, ani cud. Nie oczekuję dziecka, manny z nieba, gwiezdnego pyłu, nie czekam aż drożdżówka mi wyrośnie, albo róże zakwitną w ogrodzie.
Nie czekam aż wyłączą mi prąd, kupię nową lodówkę, szafę czy sukienkę.
Czekam na to coś, co się musi wydarzyć...

a jeśli się nie wydarzy to zastygnę w tym oczekiwaniu, coraz bardziej popielata, coraz smutniej samotna, zaczarowana rozczarowaniem.
Oczekiwaniem na to coś, co przyjdzie z marszu, pociągnie mnie za włosy, scałuje łzę z policzka.
Wkołysze w ten rytm, w którym miasto zaczyna drgać o poranku, stukotem kół ciężarówek dowożących towary do sklepów i piekarni.
Wtańczy w blask budzącego się słońca. Poprowadzi nadbrzeżem...
Poprzez wiatr muskający zieleń liści, w muzykę która we mnie wytłoczyła pięciolinię nostalgii w minorowej tonacji, wystukującej północnym deszczem rytm codzienności.
Po tę noc, co na drodze mlecznej będzie ze mną liczyć gwiezdne skrzydła aniołów.

Ciągle na coś czekam. Boję się, że zabraknie mi czasu aby się doczekać.

Nie jestem nieszczęśliwa. Jestem zawieszona pomiędzy snem o życiu a przestrzenią pomiędzy wskazówkami zegarka, w które miękko wtapiają się ślady twoich stóp.

Nie jestem szczęśliwa.
Będę kiedy wrócisz i zamkniesz moje oczekiwanie w bramie twoich ramion.
 

 
Stęskniłam się za świeżymi, wyrazistymi barwami. W mojej kuchni oczywiście ;)
Postanowiłam ugotować dahl. Kupiłam czerwoną soczewicę, właśnie leżakuje sobie w misce z wodą. Ugotuję ją z warzywami pieczonymi w piekarniku i pokrojonymi w drobną kosteczkę. Dodam świeżego imbiru, czosnku, czerwonej papryki, kuminu, kurkumy i aromatycznego pieprzu, który przyleciał do mnie w maleńkiej paczuszce pachnącej orientem...
Kiedy się już ugotuje, wyścielę miseczki młodymi listkami szpinaku na nich ułożę dahl i posypię drobno posiekaną natką pietruszki i kolendry.
Kiedy mój mąż wróci na kolację będzie napewno zachwycony, bo tak jak i ja, uwielbia dobrą, wegańską kuchnię.
Ja będę zadowolona jeśli dostanę wymarzony drobiazg ( wszak okazja, mimo iż przereklamowana, zawsze pozostaje okazją ;) )
Wam wszystkim również życzę barwnego i pikantnego dnia!
Ps. zabrakło mi inicjatywy dla ramki...


 

 
Nie potrafię zasnąć. Słucham najpiękniejszej muzyki a moja poduszka jest wilgotna od tęsknoty. Jutro będę miała głowę wielką jak dynia w sezonie, a czeka mnie ważne spotkanie rano...
ale potrzebne mi 'to', bardzo.
Tak mało mam wzruszeń. Moje życie przypomina spokojną taflę nocnego jeziora. Zbyt cicho. Zbyt ciemno. Zbyt straszno.

Cudna twarz pod powiekami; magiczny głos i już płynę na obłokach jego melodii.
Kocham Elvisa odkąd pamiętam. Towarzyszy mi przez całe moje życie. Jego historia przypomina mi o tym, jak ważny jest czas. Czas spędzony z bliskimi ludźmi, książkami, muzyką...
wszystko zdaje się trwać tylko chwilę, a stęsknione serce chciałoby posiadać wehikuł, który pozwalał by podróżować do najpiękniejszych wspomnień.
Jest wielu artystów z dziedziny sztuki, muzyki, teatru, filmu, życia których pasjami uwielbiam, ale miłość do niego jest najsilniejsza.
Posłuchasz ze mną?

https://youtu.be/HzItHH-r2yw
 

 
'Kto ocali jedną duszę to jakby cały świat ocalił'
słowa zaczerpnięte z Talmudu towarzyszą mi często podczas nostalgicznych refleksji o życiu.
Mam ich ostatnio zbyt wiele. Zawiesiłam się trochę pomiędzy teraźniejszością a przyszłością, którą widzę wyraźnie ale brak mi sił aby wkroczyć w nią z tarczą w dłoni...
mam ochotę na kanapkę.
Ale nie jem chleba od tak dawna, że powoli zapominam jego zapach.
Taki zwykły kawałek świeżego, chrupiącego chleba z masłem i żółtym serem do tego kawa zbożowa z mlekiem i cukrem. Wspomnienie śniadań z dzieciństwa, w gronie osób których już nie ma...
przy stole, który nie istnieje; w domu, który przytulił innych ludzi, inne radości i smutki.
Nie jadam chleba ( wogóle produktów z glutenem nie jadam ), nie jadam masła ( jadam oliwę z oliwek, olej kokosowy i lniany ), nie jadam serów ( żadnych produktów z laktozą, odzwierzęcych itd ), nie piję kawy ( zbożowego nie piłam od 30 lat ), nie jadam cukru, mleka.
Jem warzywa, owoce, orzechy i strączki.
Dobrze mi z tym.
Czasem tylko w celach zdrowotnych np do mikstury św Hildegardy, używam miodu gruszkowego ( wspaniale oczyszcza jelita ).
Ale mam ciągoty, np w weekend musiałam upiec ciasto, tak się rozpędziłam że wyszły dwa :)
Czekoladowe z kokosem i rodzynkami oraz kruche z musem jabłkowo morelowym i budyniową pianką.
Rodzina, znajomi którzy przybiegli na degustację, bardzo chwalili...
nie zjadłam ani okruszka. Ja, która uwielbiałam słodycze.
Są też rezultaty. Samopoczucie i energia, świetne ( najczęściej ); wygląd, bardzo zadawalający moje ego ;)
Zdrowie, coraz lepsze.
Ocaliłam duszę?... tak, tak czuję.
Może kiedyś ocalę mój świat? Marzę o tym, aby syn i mąż również się przebudzili. Oby jak najszybciej!
 

 
Noworocznych iskierek człowieczeństwa nam życzę i aby lśniły jasnym, nieprzemijającym blaskiem cały nowy 2017 rok.
Nie odwracajmy spojrzeń od cierpienia, biedy, głodu, samotności. Ofiarujmy dobre słowo, ciepły uśmiech, pomocną dłoń.
Nie zamykajmy się tylko i wyłącznie w klatce własnego ego. Bądźmy bardziej ludzcy. Bądźmy szlachetni. Bądźmy zdrowi, kochani i szczęśliwi. Dosiego roku!
 

 
Wczoraj o 6.05 o poranku nasza rodzina powiększyła się o kolejnego chłopca. Knut ma 51 cm długości i waży 3450 gr :)
Jest więc idealny :)
Witaj na świecie maluszku!
 

 
Nie potrafię powstrzymać łzy płynącej po policzku.
Świat obiegła kolejna wiadomość, tym bardziej przykra gdy wokół tyle radości z powodu Świąt, bliskości rodziny, wspólnego kolędowania, dzielenia się miłością...
dla Niego to są ostatnie święta, nigdy więcej nie użyje swojego niesamowitego głosu, odszedł by zasiąść na konwaliowej łące wśród Cohenna, Prince'a, Davida...
odebrał mi cząstkę duszy w chwili, kiedy pierwszy raz usłyszałam jak śpiewa, wtedy jeszcze w duecie.
Ścieram łzę i uśmiecham się do Niego, przesyłając pocałunek wdzięczności. Oby miał miękką i lekką drogę do Nieba.
W tle ( nie po raz ostatni dzisiaj ) gra jedna z ulubionych melodii...

http://youtu.be/wXRvZ5kCNeQ
 

 
Cały wieczór piekliśmy z Sebciem ciastka. Mocno czekoladowo~korzenne, pachnące Bożym narodzeniem i miłością, bez przepisu, bez stresu.
Upapraliśmy się mąką jak dzieci, przegadaliśmy cały ten czas, zaśmiewając się do łez...
potrzebne mi to było! Bardzo potrzebne. Zatrzymanie się na chwilę w wirze przedświątecznych przygotowań. Odstawienie odkurzacza, froterki, płynu do mycia szyb ;)
Te chwile z moim synem, który już niebawem na dobre wyleci z gniazda, są naprawdę bezcenne.
Całe jego dzieciństwo, pragnę zasiać w nim tę radość wspólnego tworzenia, przebywania razem, dzielenia się słowem, przemyśleniem, radością i smutkiem, wspólną pracą, ot takim zwyczajnym byciem razem.
Napiliśmy się na dobry sen likieru jabłkowo~cynamonowego, przegryźliśmy po ciasteczku...
jutro będziemy się nimi dzielić ze znajomymi, koleżankami w pracy, listonoszem, fryzjerką a nawet psem sąsiadów :)
Nasza prywatna, adwentowa magia. Cała w uśmiechach...
 

 
Przymykam na chwilkę powieki i nie wiedzieć kiedy, wchodzę do kuchni mojego dzieciństwa.
Jest jasna z dużym przestrzennym oknem. Pod prawą ścianą stoi stół, który łaskawie ugości cztery osoby. Powietrze pachnie świeżo zaparzoną kawą i drożdzówką z jabłkami i cynamonem.
Z lewej w równiutkim rzędzie piętrzą się szafki, regały i szafeczki w prześliczną szarą kratkę.
Tuż za drzwiami po prawej, przyjemne ciepło rozchodzi się od pieca, w którym iskrzą się drobinkami odłamki drewna.
Nad żelazną płytą tego przygasającego ciepła, suszą się podgrzybki, ich aromat po prostu zniewala.
Babcia siedzi przy oknie tuż obok lekko terkającej lodówki, zza ściany słyszę dźwięk zegara z kukułką.
Na parapecie stoi trzykrotka, bardzo się rozrosła tego roku...
idę na paluszkach do babci, w wełnianych za dużych skarpetach, które mi zrobiła na drutach.
W kącie na taborecie siedzi Heniek i maluje spławiki soczystą zielenią i purpurową czerwienią, pewnie wybiera się nad jezioro, poławiać.
Jestem tuż przy babci. Uśmiecham się czując jej konwaliowy zapach lekko przesłonięty chmurką 'klubowych'.
Przytulam się do jej drobnych pleców i nie mogę powstrzymać łkania...

Mój synek delikatnie głaszcze mnie po policzku i opuszkiem palca ściera moje łzy.
Otwieram oczy, jestem wtulona w ciepłe barwy mięciutkich, różowych pledów i poduszek; światełka we własnoręcznie zrobionej lampie lśnią magicznie a moje dziecko zasmucone patrzy na mnie z pytaniem w spojrzeniu.
Mówię: śniłam o domu...
delikatnie mnie tuli, szepta jak bardzo mnie kocha i już jest prawie dobrze.
Pytam czy pójdziemy udekorować drzewko? Mówi, że chętnie. Schodzimy do salonu, w tle grają ciuchutko dzwoneczki...
http://youtu.be/ZpGC7zKq7lI
 

 
W następny weekend już wigilia! Święta Bożego narodzenia tuż pod naszymi drzwiami, jeszcze kilka małych kroczków i przekroczą próg. A my? zabiegani, w przegrzanych pokojach nauczycielskich, biurowych, lekarskich próbujemy nadgonić kończący się rok, ze zdumieniem kręcimy głową niedowierzając, 'bo przecież dopiero co świętowaliśmy nowy, a teraz jest on już tak bardzo stary...'
magia świąt! Gdzież ona jest? czy może w światełkach choinkowych, które kłują w oczy przy szybkich zakupach prezentów pod choinkę, czy w co roku powtarzanych w radio tych samych melodiach: pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań...
ale jedyne co dzwoni to kominiarz z zaległym, zapomnianym rachunkiem, a śniegu jak nie było od zeszłego roku, tak nie ma.
Gdy myślimy o świątecznych spotkaniach rodzinnych to czasem pot zalewa nam czoło i oczy! Wielogodzinne nasiadówki z ciotką i wujkiem, który od popołudnia będzie ledwo trzymał się w fotelu. Z teściową, która od zawsze lepiej niż ty robi sałatkę czy piecze cholernego piernika. Z dzieckiem, które nie może oderwać oczu od nowego IPhone'a.
Z pieczenią, która wychodzi z pieca sucha jak wiór, a ty w całym tym rozgardiaszu zapomniałaś podać sos...
o nie!
Magia świąt jest we mnie! :)
W chwili kiedy moje niecierpliwe opuszki palców, wystukują twój numer aby ci tylko szepnąć jak bardzo za tobą tęsknię.
To herbatka o cudownym aromacie, którą piję powoli ciesząc się z rozmową z ulubioną kuzynką.
To kolęda, którą nuci moje dziecko w łazience przy goleniu.
To promyk słońca załamujący światło w koronach drzew podczas długiego spaceru po lesie. To melodia wiatru, która przypomina dzieciństwo i zimowe bajki babci. To twój pocałunek na dzień dobry. To wieczór z książką, zaczarowane migotanie płomyków adwentowych świec. To znalezienie drobnego prezentu dla przyjaciółki w starym kraju. To ciasteczka migdałowe, których zapach otula kuchnię i cały dom woalem ciepła i przyjemnego oczekiwania. To zapach mandarynek, smak orzechów i korzennych przypraw. To miłość, która nawet podczas szarej zimy błyszczy kolorami tęczy ;)
Takich świąt Wam życzę kochani!
I zdrowia, bo bez niego nawet największa magia traci blask :)
Happy Xmas!
http://youtu.be/U3YltnBjqZU
 

 
Przyznam się szczerze, że pierogów ruskich, nazywanych w kilku rejonach naszego pięknego kraju, również legnickimi, nie robiłam już chyba z 10 lat.
Jakoś gdy myślę o tym procesie twórczym, lekko opadają mi ręce, szczęka i inne części ciała, których z grzeczności nie wymienię.
Ale jakoś tak ostatnio dużo rozmawiamy z synem o tradycjach kulinarnych w domu mojego dzieciństwa i temat pierogów powraca jak niechciany bumerang.
Wcale nawet nie mam ochoty na lepienie, ale robiłam dziś po raz drugi zakupy, w nowo odkrytym przeze mnie polskim sklepie i jakoś tak mimowolnie do wózka włożyłam kostkę białego sera śmietankowego, którego nota bene nie jadłam conajmniej z 15 lat... ;)
i tak zakiełkowała w mojej głowie szalona myśl, aby zaskoczyć moje dziecko pierożkami własnej roboty.
Recepturę znalazłam na blogu Olgi smile, z którego czasem gościnnie korzystam.
A oto on w troszkę okrojonej wersji:
' 1 kg mąki pszennej 500 + mąka do posypywania stolnicy
1 łyżeczka soli
120 ml oleju
około 400 ml bardzo gorącej wody (zagotowanej i odstawionej na 2-5 minut).
Mąkę łączę z solą, olejem i ciągle mieszając w mikserze z hakiem lub ręcznie na stolnicy dodaję po trochu bardzo gorąca wodę. Jeśli robicie ręcznie trzeba uważać, żeby się nie poparzyć! Wyrabiam gładkie, elastyczne ciasto łatwo odchodzące od ręki. Przykrywam ściereczką i pozostawiam na 10-15 minut, aby odpoczęło.
Wałkuję i nadziewam ulubionym farszem.'
No. Słowo się przeczytało ( to prawie jak rzekło ), kobyłka u płotu ( tzn moje cocolino ), bo muszę jeszcze podjechać do sklepu po mąkę zwykłą, pszenną ( bo takiej w swojej kuchni nie mam, odkąd wiem, że mam uczulenie na gluten ).
No i ziemniaki trzeba obrać, ugotować; cebulkę drobno pokrojoną podsmażyć, aby farsz nabrał smakowitości ;)
Właściwie to cieszę się na to moje kucharzenie, będę śpiewać ulubione piosenki babci i może będzie przez chwilę tak, jakbym wróciła do domu...
 

 
Już dawno nie robiłam notatki z mojej kuchni. Zatem dzisiaj zapraszam na caldo verde, ale tak naprawdę to tak troszkę w polsko~niemieckim stylu.
Szukałam wczoraj na targu tej specjalnej portugalskiej kapusty do mojej dzisiejszej zupki, ale nie znalazłam, więc użyję jarmużu.
Mąż mnie o tę potrawę poprosił, a że wraca do domu to będzie miał 'zamówioną niespodziankę'. Mój synuś również tą zupką nie wzgardzi, więc zabieram się za robotę!
Najpierw piekę obrane warzywa korzenne ( seler, marchew, por, pietruszkę, cebulę i czosnek ) w piekarniku przez około 25 min ( termoobieg~190stopni ), następnie gotuję z tych warzywek bulion. Jarmuż dokładnie myję, obcinam twardawe łodyżki i zostawiam na kilka minut w zimnej wodzie z octem jabłkowym.
Obieram kilka średnich ziemniaczków i gotuję je do miękkości w bulionie. Pod koniec gotowania dodaję pokrojone w cieniutkie paseczki listki jarmużu.
W osobnym garnku do pieczenia podsmażam na oliwie z oliwek pokrojoną w drobną kosteczkę czerwoną cebulkę i dwa duże ząbki czosnku.
Ale tak króciutko, aby tylko puściły troszkę eterycznej magii ;)
Dodaję do nich pół łyżeczki czarnego pieprzu, kurkumy, majeranku, tymianku i cząbru i jeszcze krótko smażę ( około minuty ). Następnie wrzucam pokrojoną szynkę i kiełbasę polską ( surową~wędzoną oraz myśliwską, czy jak one się tam nazywają ); mieszając przekładam do garnka z zupką. Gotuję kilka minut. Świeży koperek i zieloną pietruszkę siekam drobniutko i dodaję do potrawy, na sam koniec lekko dosalam, ponieważ bulion już wcześniej gotowałam z solą i lubczykiem ;)
Wrzucam jeszcze ich ulubioną 'wędlinkę', która tutaj nosi nazwę 'pinkel', doprawiam ostrą musztardą i obiad gotowy!
A ja idę zjeść mandarynkę, bo mam na nią ogromną ochotę ;)
Smacznego!
 

 
Dziś bladym świtem przygotowałam sobie mieszankę ziół na pozbycie się cysty, ( jest wielkości orzecha włoskiego ) z paczuszki od kochanej Joli.
Zamierzam pić je codziennie rano i wieczorem, parząc dużą łyżkę na kubek wody. W skład tej cudowności wchodzą nasze polskie, wspaniałe zioła.
Liść brzozy - Betulae folium 15,00 gram
Kwiatostany nagietka - Calendule anthodium 10,00 g
Kwiatostany kocanek - Helichrysi anthodium 5,00 g
Kora kaliny koralowej- Viburni corteX 10,00 g
Nasienie lnu - lini semen .10,00 g
Ziele bylicy - Artemisiae vulg.herba 10,00 g
Ziele krwawnika - Achillae herba 50,00 g
Ziele skrzypu polnego - Equiseti herba 50,00 g
Ziele przywrotnika - Alchemillae herba 50,00 g
Kłącza perzu - Agropyri rhizoma 50,00 g
Pytałam znajomej z Hanoweru, która te zioła stosowała, i ona twierdzi, że leczą niesamowicie szybko i bardzo pomagają na ogólne sprawy kobiece. Brzoza, kocanka działa antyrakowo i przeciw wolnym rodnikom. Skrzyp polny odchudza, a przywrotnik pięknie działa na cerę.
Czy można chcieć więcej? :)
A po miesiącu popijania zrobię sobie termin u mojego Pana doktora i mam nadzieję, że już żadnej cysty nie znajdzie...
ech, byłoby pięknie!
Zatem start i na zdrowie!
 

 
Wieczory adwentowe to mój zaczarowany czas. Wgłębiam się wówczas troszkę w siebie.
Dziś kiedy słońce złożyło główkę na poduszce z ciemnej chmurki, a dwa płomyki świec rozjaśniły moją jadalnię, przy filiżance cynamonowo jabłkowej herbaty, zastanawiam się kiedy właściwie umilkły we mnie słowiki, kiedy przestałam śpiewać poezję?
czy to było wtedy, gdy wyskakując w biegu z pociągu relacji Gdańsk-Wrocław, zostawiłam w nim słomkowy kapelusz, gitarę i serce?
czy może wtedy gdy odszedłeś na zawsze ode mnie, nie z woli własnej lecz zmuszony siłą rzeczy?
Albo gdy umarła Hania, zostawiając moje dziecięce, płowe kosmyki włosków bez ciepła pocałunków, moje dłonie małe, puste całkiem, szukające nieustannie szelestu Jej sukienki.
Tak już ze mną jest, że czasem nagle smutnieję a mój świat zbyt mocno szarzeje i mimo ( codzień na nowo ) kiełkującej w duszy tęczy staje się ponury i zły.
Brak mi wtedy czułości Twego uśmiechu Haneczko. Przyjemnej melodii Twego głosu. Bezpiecznego uścisku Twoich drobnych ramion. Mama nie powinna odchodzić 'tak' szybko, pozostawiając za sobą zapach olejku waniliowego, którym pachniał kark i te mięciutkie loczki na nim, w które tak bardzo lubiłam wciskać czubek noska.
Pozostało jedynie echo wspomnienia: stukot pantofli w zamszowej czerni, utkanej z misternych pajęczyn tęsknoty (...)
Kiedy wróciła do mnie poezja?
Gdy ujrzałam Twoje rzęsy Synku, przepiękne maleńkie paluszki z cudownymi paznokietkami. Śliczną buźkę i całe trzy i pół kilo mojego prywatnego szczęścia. Aż trudno uwierzyć, że od tej chwili minęło ponad dziewiętnaście lat. Wiatr przestał nucić kołysanki, Ty nie chciałeś już ich słuchać. Odpłynąłeś na okręcie z napisem: jestem dorosły, wiem wszystko lepiej, ale kocham cię, więc czekaj!
No i napewno też wtedy gdy mój mąż uklęknął przede mną w kawiarni pełnej ludzi i poprosił bym dzieliła z nim życie.
Albo gdy przed jesiennymi domami Gaudiego wziął mnie na ręce i szeptał jak bardzo długo na mnie czekał.
(...)
Dziś rano na posrebrzonym zimą spacerze, zaczęłam śpiewać. Na głos. W świat. On słuchał, mocno trzymał moją dłoń i bezgłośnie płakał...

Magicznego 'drugiego adwentu' życzę wszystkim, którzy odnajdują ten czas dla siebie.
Ps. Kobiecie z miasta Łodzi, która drogą pocztową życzyła mi zadławienia się tą moją magią, życzę dużo miłości. Bo tylko ona potrafi ułagodzić tę nienawiść, która zżera to biedne, zapewne samotne serce.
http://youtu.be/SMLn0-1vgxE
Ps2. A mojej mega ukochanej przyjaciółce Joli, serdecznie dziękuję za pakiet ziół, zapachem przypominających dzieciństwo, ratujących moje zdrowie, kołyszących smutną duszę.Jesteś moim aniołkiem i bardzo Cię kocham.
Pięknego wieczoru :)
 

 
Mam kuzynkę Pati, która właśnie dzisiaj wychodzi z 42 dniowego postu.
Zatem może sobie pozwolić na jeden zakazany owoc i odrobinkę zdrowego tłuszczu.
Pół godziny dziś wieczorem, opowiadała mi jak smakuje gruszka :P
to był tak ekscytujący opis, że wracając do domku, podjechalam do edeki poszukać... gruszki!
Wbiegłam do sklepu, zatrzymałam się przy stoisku z warzywami i oczarowanym spojrzeniem pogłaskałam uśmiechające się do mnie kolory i kształty :)
W końcu, pomiędzy ogromem owocowych pyszności, dostrzegłam również gruszki. Wzięłam jedną z nich do ręki, uniosłam troszkę aby powąchać i...
przeniosłam się do sadu sąsiadów mojej kochanej babci, którzy mieli piękne, aromatyczne klapsy. Oraz ulęgałki, które leżąc pod drzewem w trawie, emanowały słodyczą i słońcem.
Otarłam tę gruszkę o policzek, ( wiem, wiem wosk... ale co tam! ) jakby ścierając chwilowy 'odlot' w przeszłość. Starsza pani przyglądała mi się hipnotycznie, a kiedy uśmiechnęłam się do niej odpowiedziała promiennym uśmiechem i również sięgnęła po gruszkę.
Teraz ja niosąc do domu papierową torbę pełną wspomnień z dzieciństwa nie potrafię przestać się uśmiechać...
gruszkowych snów moi drodzy :) dobranoc!
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
opadają z drzew, wtulone w przemarznięte serce coraz bardziej posrebrzonej ziemi, szeptem zbliża się zima, która chłodnym oddechem rozjaśnia kosmyki traw...
Lubię te wycieczki w słońcu i do słońca, oczy mocno przymknięte pomiędzy jednym a drugim prześwitem uśmiechu.
Splecione palce. Wesołe oczy. Rozmowy o niczym. O wszystkim?
Miłość cierpliwa jest, uczę się od niej codziennie. Mój mąż jest niecierpliwy. Dojrzalszy wiekiem lubi być dyrygentem moich zdarzeń.
Miłość nie szuka zwady. Zatem gapię się w słońce i staram się być urocza, subtelna, czuła. Taka jaką on mnie lubi.
Gubię w tej miłości samą siebie. Po trosze i coraz bardziej. Niestety. Miłość nie unosi się gniewem.
Nie potrafię gniewać się na niego. Przecież tak długo się szukaliśmy. Cudem jest, że się odnaleźliśmy. Po latach samotności, napotykania złych ludzi, iluzji i niepowodzeń...
ulotne chwile, ciepłe spojrzenia, mocny uścisk silnych ramion.
Głos, który rozprasza melancholijne myśli. Śmiech, który gładzi zmarszczki na czole. Naszą jedyną troską jest mój najmilejszy syn. Pośrednią, czas.
Mamy siebie. Droga mknie. Słońce świeci. Kiedy czuje, że już mogę zamykam oczy. Na chwilę...
budzi mnie pocałunkiem o smaku czerwonej kapusty, którą jedliśmy na obiad. Jeszcze 'zahaczamy' o nasz port. Piękny o każdej porze roku. Tak jak miłość. Łaskawy. Nieśmiertelny. 'Wie(trz)czny.'
Ostatnie liście spadają wraz ze słońcem do naszych stóp. Świat się kręci...
 

 
Postanowiłam nie 'wychodzić' za szybko. Jest za zimno na kolejny post. Zrobię normalne, 6 tygodniowe wychodzenie a później przejdę na normalne wg mnie zdrowe odżywianie, bez glutenu, nabiału, mięsa, cukru i produktów przetworzonych.
Będę dziś gotować miód gruszkowy wg przepisu Hildegardy, aby oczyścić jelita po przebytej infekcji.
Do postu 42 dniowego powrócę z nastaniem wiosny, w marcu. Już się cieszę na odnajdywanie nowalijek na miejscowym targu.
Przyznam szczerze, że jestem zmęczona. Chyba chciałam zbyt szybko i mocno przeskoczyć samą siebie, a tak się po prostu nie da...
powoli zaczynam zbiżać się do 'adwentu'. Tego w kalendarzu i we mnie.
Kupiłam cztery czerwone świeczki ( "tak jakby w domu było ich za mało" ~słowa mojego męża ), anisowe gwiazdki, cynamon i wanilię, będę piec ciasteczka, które później zaniosę do dziecięcego hospicjum. Napisałam też w tym roku dwie bajki, które będę tam dzieciom czytać.
Ostatnio dużo myślę o domu mojego dzieciństwa; o schodkach na których w cieplejsze dni siadali wszyscy sąsiedzi, łuskali słonecznik albo pestki dyni i rozmawiali.
Nieśpiesznie, wieczorną porą przy aromatycznym zapachu maciejki, koncertach ptaków i świerszczy...
czas jakby zatrzymuje się na chwilę i znów jestem małą dziewczynką.
Lato w pełni, kamienne schody mocno nagrzane słońcem, czuję ciepło kiedy dłoń styka się z ich gładką strukturą. Jest bezpiecznie, ciepło, przyjemnie. Obok siedzi babcia i uśmiecha się do mnie.
Piękna wizualizacja. Dodaje mi sił i energii :)
Zatem czas na nowy dzień! Oby był dobry, zdrowy, uśmiechnięty.
 

 
Dni mijały spokojnie, aż tu w poniedziałkowy poranek przywitała mnie infekcja.
Nic poprzedniego dnia nie wzbudziło moich obaw, że tak się znowu stanie.
Niedzielny wieczór spędziliśmy w uroczym miejscu nad morzem, kawiarnia emanowała światłem świec i kolorowych lampionów, był bardzo przyjemny, kameralny nastrój. Piliśmy przepyszną zieloną herbatę o smaku brzoskwiń, delektowaliśmy się malinowo-truskawkowym sorbetem, który jak się domyślam stał się inicjatorem mojej choroby.
A o poranku, tuż przed otwarciem oczu poczułam nieprzyjemny ból w okolicach zatok i drapanie w gardle.
Oui, pomyślałam: przeziębienie? znowu...
zatem postanowiłam rozprawić się z wiedźmą grypą, znanymi mi środkami. Na pierwszy ogień poszedł gorący prysznic i bambusowa rękawica, którą przy pomocy oleju kokosowego zmieszanego z odrobiną lawendy natarłam mocno ciało. Następnie przygotowałam sobie trunk z witaminy C ~ kwas askorbinowy, ( tej 1000, lewoskrętnej ). Opakowanie wrzuciłam również do torebki, aby co godzinę brać po jednej płaskiej łyżeczce na szklaneczkę letniej wody.
Nastawiłam również wiórki kokosowe, na mleko które chciałam po pracy zmieszać z pastą z kurkumy ( tzw złote mleko ). Pojechałam do szkoły, jakoś dałam radę wytrzymać do 15.00.
Po drodze do domu kupiłam kilka warzyw korzennych na wzmacniający bulion, ( seler, pietruszka, marchew, por piekę najpierw w piekarniku; później gotuję jak normalny bulion z ogromną ilością zielonej pietruszki, kurkumy i lubczyku~który uwielbiam ).
W domku siły mnie kompletnie opuściły, zdążyłam tylko zrobić dzbanek herbaty z czystka i położyłam się spać. Obudziłam się wieczorem, gorączka 39 stopni, zawalony migdał z prawej strony, kłujący ból zatok i niedrożny nos.
Ech... :(
Pierwsza myśl zrobić szybko bulion, druga sok z natki pietruszki, trzecia kąpiel w wannie z olejami eterycznymi ( woda najpierw trochę wyższa od temperatury ciała, około 40 stopni, następnie schładzałam ją, aż było jakieś 27 stopni.
Osuszyłam się dokładnie po kąpieli, obrałam cebulę i pocięłam w plastry. Przygotowałam ciepły napój z imbiru, cytryny i miodu. Założyłam ciepłe skarpetki, w każdą z nich włożyłam plaster cebuli. Gardło i klatkę piersiową nasmarowałam wickiem vaporub, owinęłam szyję miękkim szalem; nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Poranek wtorkowy dał mi nadzieję na poprawę. Czułam się trochę lepiej, temperatura spadła ale byłam tak osłabiona, że z trudem wstałam z łóżka. Zadzwoniłam do pracy informując o infekcji. Postanowiłam wyleżeć w cieple to moje choróbsko.
Cały czas przyjmowałam wit C, na ból gardła robiłam płukanki z szałwi. Na udrożnienia nosa inhalacje ze świeżego chrzanu. Absolutnie straciłam apetyt. Bardzo dużo piłam. Co dwie godziny robiłam płukanie jamy ustnej olejem słonecznikowym z pierwszego tłoczenia na zimno. Do herbaty z czystka dołączyłam miodunkę, lipę i rumianek. W środę poczułam się na tyle dobrze, że pojechałam do pracy.
Dziś rano ból migdała prawie zniknął, widzę że obrzęk na nim bardzo się zmniejszył. Prawą dziurką w nosku mogę już oddychać. I to wszystko prawie bez chemii, tabletek i tym podobnego paskudztwa ;)
Zatem mili moi pomóżmy sobie sami, słuchajmy siebie, obserwujmy.
Gdybym w porę zauważyła, że coś się dzieje oszczędziła bym sobie bólu. O sorbetach już zapomniałam. Poczekam do lata aby znów się czasem podelektować.
Zdrowego i pięknego dnia!
 

 
Naszej dzisiejszej wyprawie towarzyszyło piękne słońce, które głaskało miękkim światłem jesienną szatę drzew.
Tak naprawdę to właśnie dopiero dziś odkryłam ten złoty październik, który bardzo próbował się przede mną ukryć w te dni kończącego się już miesiąca.
Byliśmy odwiedzić naszych bliskich na cmentarzu, byliśmy w kościele gdzie zakupiliśmy i zapaliliśmy siedem światełek.
Było nostalgicznie, wspominkowo i serdecznie.
Bardzo lubię rozmowy z moim mężem, gdy opowiada mi o swoim dzieciństwie i młodości, mam wrażenie że tam byłam, że przeżywałam to wszystko razem z nim.
Lubię patrzeć jak uśmiechają się jego oczy, jak światło słoneczne tańczy w jego tęczówkach...
mogłabym go słuchać godzinami, ja która absolutnie nie mam cierpliwości do dłuższego wysłuchiwania kogokolwiek :)
Nie pogłaskałam ani nie potuliłam dzisiaj drzew, ale głaskał i tulił mnie mój mąż więc i tak jestem zachwycona.
Tak bardzo żal mi mijających dni, zbyt szybko biegną przed siebie, pozostawiając mnie za sobą, z ustami ułożonymi w podkówkę... ;)




Ps. A na obiad zaprosił mnie do przytulnej restauracyjki i zjadłam pyszną sałatkę i wypiłam świeżo wyciskany sok z regionalnych jabłek, fajnie było! :)

 

 
Jest dobrze. Dodałam dziś do warzyw na śniadanie oleju lnianego. ( pomidory, ogórki kiszone w plasterki, papryka czerwona w paseczki, kiełki brokuła, lucerny i rzodkiewki, kilka kropel soku z cytryny, łyżka oleju lnianego. )
Pycha! Na obiad ugotuję kaszę jaglaną ze szpinakiem i czosnkiem, suszonymi pomidorami w dobrej greckiej oliwie marynowanymi ;)
Na deser zjem grejpfruta a na kolację pewnie jakąś pyszną sałatę z miksturą miodowo, czosnkowo, cytrynową.
Staram się nie szaleć z jedzeniem, gdyż naprawdę moim zamiarem jest wygranie z kilkoma dolegliwościami i chorobami, o których trąbię wszem i wobec od miesięcy.
Przez cały dzień piję też herbaty. Około litra czystka, pół litra pokrzywy, woda z cytryną i aloesem.
O poranku i przed snem obię też kurację sodą ( która ma mi pomóc w pozbyciu się cysty ).
Filiżanka cieplej wody ( około 40 st ) z rozpuszoną w niej łyżeczką sody i łyżeczką dobrego miodu z pasieki.
Co jeszcze? a tak, po każdym prysznicu, najczęściej 2 razy dziennie, masuję ciało rękawicą bambusową przy użyciu odrobiny oleju kokosowego.
Kilka razy dziennie płukam usta ( tzw ssanie oleju ) olejem słonecznikowym z pierwszego tłoczenia na zimno, wspaniale oczyszcza śluz zalegający w zatokach.
Na noc olejuje włosy olejem lnianym. Rano po umyciu używam wcierki bursztynowej jantar.
Suplementuję w kolejności od rana: wit. B12; selen, cynk, wit.C, pokrzywę ze skrzypem; biotynę, D3K2 ( MK-7 )& zawsze z posiłkiem, w którym jest odrobina tłuszczu ( oliwa, olej lniany, olej z wiesiołka, etc.etc. ); przed snem jeszcze B6 z magnezem.
Żelaza nie suplementuję, wystarcza mi picie zakwasu z buraczków i herbata z pokrzywy.
Do czterech treningów na basenie tygodniowo ( Aqua jogging & 2h ), dodałam co wieczorny nordic walking ( około 5 km ).
Coś muszę robić z rozpierającą mnie energią ;)
To by było chyba na tyle.
W razie pytań kochani, odpisuję wieczorem na mailu. Dziękuję za liczne pytania i dobre życzenia, trzymanie kciuków. To dobrze, że jesteście i mimo, iż nie macie kont na pingerze, obserwujecie moje poczynania.
Serdeczności dla wszystkich serdecznych!
Zdrowego i znakomicie wykorzystanego dnia :)
 

 
Była dziś taka chwila, kiedy ty, tak niespodziewanie wstrzymałeś oddech aby nie uronić choćby okruszyny mojego szeptu i trzymałeś moje dłonie w swoich tak mocno a ja patrzyłam na ciebie tak intensywnie, jakbym chciała zapamiętać cię poprzez pryzmat tej jednej zaczarowanej chwili.
To było naprawdę piękne...

a kiedyś, gdy już przekwitną kwiaty naszych najjaskrawszych pragnień, będe mogła otulić się tym migoczącym, ciepłym wspomnieniem naszej magiczności.

http://youtu.be/7r6pTJlKCk4
 

 
http://youtu.be/-zQoQ1ckFxI
Ach Jamie i Claire jak oni się kochają...
mąż się ze mnie śmieje, że zamiast słuchać o jego pracy i problemach, w każdy środowy wieczór układam się na sofie, otulona w mięciutki pled i magię mojego ulubionego serialu.
Szkocja, wspaniały kraj. Nieokiełznana przyroda, celci, muzyka która porywa serce, które wiruje zaczarowane wśród ruin opasłych zamków...
zauroczona z filiżanką pysznej, aromatycznej herbaty przenoszę się w krainę marzeń.
Śmieszne? zapewne tak, ale lubię być w ten sposób śmieszna.
Dziś obejrzałam ostatni odcinek drugiego sezonu, na następny będę musiała poczekać do wiosny przyszłego roku.
Oby się udało doczekać :)
 

 
Mija pierwszy dzień wychodzenia z postu WO.
Jest dobrze. Pofolgowałam zmysłom i polałam sałatę ulubioną miksturą zdrowotną, której nie jadłam sześć tygodni.
Sałata była zwykła, masłowa ale z dipem ( olej lniany, miód, czosnek, sok z cytryny ); smakowała jak ambrozja ;)
Dziś wieczorem rozpoczęłam również walkę z obrzydłą cystą, która nie chce mnie opuścić od lat.
Przez kolejne dni ( pomiędzy 14 a 21 ), będę wypijać dwa razy dziennie kubeczek ciepłej wody z łyżeczką miodu i łyżeczką sody. Z przeogromną nadzieją na zwalczenie tego okropieństwa.
Poza tym nadal popijam ukochany zakwas z buraczków, zajadam się sałatką z kiszonych ogórków i pomidorów; a dziś zaczęłam też pić sok z kapusty kiszonej.
Potrzebuję w tej chwili sporej ilości probiotyków.
Od jutra dołączę również prebiotyk, inulinę.
Poza tym suplementuję B12, cynk, selen, ( ten już niebawem w dwóch orzechach brazylijskich dziennie ), na włoski biotynę i skrzyp z pokrzywą; padmę na odporność; B6 z magnezem przed snem, na spokojne sny :)
Dziś wyprowadzałam śmietniki z garażu ( jutro wywożą ), a sąsiad który akurat szwendał się po ulicy, stwierdził że wyglądam niesamowicie.
Pobiegłam do domu, bo myślałam że się czymś usmarowałam w garażu, ale nie ;) zabawne!
Dobrej nocy i zdrowego tygodnia.